sobota, 30 grudnia 2017

Stary rok ku końcowi sie zbliża...

Jak na bloggera przystało, należy podsumować miniony rok. Strasznie tego nie lubię, bo wydaje mi się, że niczym specjalnym się nie zasłużył...

Jakoś nie umiem cieszyć się z małych rzeczy, a tym samym z tego co się w minionym roku dokonało.

* pracuję na wyspie i to się nie zmieniło;
* w wyniku pewnych zawirowań spełniło się moje marzeni, jakim było posiadanie MacBook Air - jestem szczęśliwy z tego powodu - no dobra szczęśliwy to za dużo powiedziane, ale cieszę się bardzo;
* pierwszy raz od niepamiętnych czasów odpoczywałem w wakacje!
* byłem w moim ukochanym mieście Berlinie, aż blisko 2 tygodnie;
* odnowiłem kontakty z kolegą tu jako Art, od czasu do czasu wpada do mnie i do Miśka - pogadać, wypić lampkę wina, czy jakieś piwo;
* powróciłem na osiedle na którym chciałem mieszkać, ba nawet ten sam blok, tylko klatka inna :d;
* prowadziłem kurs dla dzieci i dla starszych - fajna przygoda;
* zaangażowałem się w kilka projektów, krajowych i międzynarodowych;
* związek rozkwita;
* udało mi się pozbyć kilku zobowiązań finansowych - w zamian przybyły inne, naturalna kolej rzeczy <chyba>;
* kontakty z rodziną mam dość dobre;
* z bratem jakoś częściej rozmawiam(y);
* zdrowie też nie najgorzej;
* w pracy się pogorszyło, za sprawą nowego roku zmian zaszło sporo, a tym samym spadło na mnie sporo obowiązków, dodatkowo taka niemiła i niewdzięczna atmosfera się wytworzyła;
* duszę się w pracy, gdy moje działania są umniejszane i zarzuty o nieróbstwie stawiane;
* spotkałem się kilka razy z koleżankami ze studiów <3;
* UP mam jedną przyjaciółkę (tak Ciebie i przepraszam, że wpisuję Cię po edycji tutaj - patrz mail ;-)).

Nowy rok, czyli czas postanowień, a u mnie hm... kiepsko z nimi.

* zmiana miejsca pracy - na inną wyspę, albo ??? może zupełnie inny ląd?
* poprawa stosunków ze znajomymi i przyjaciółmi!!!!;
* więcej optymizmu;
* mój pracoholizm zamienić w lenistwo - tak, tak... za dużo czasu poświęcam wyspie, a nic z tego poza pretensjami nie mam;
* więcej odpoczywać;
* weekendy mieć wolne;
* przeczytać więcej książek niż w tym roku;
* częściej pisać na blogu;
* zacząć jakiś sport - bieganie regularnie, albo rower;
* zostać posiadaczem iPhona :) <3;
* mieć postanowienia;
* mieć swoje zdanie;
* nie ulegać innym;
* rozluźnić się;
* zrobić coś szalonego - tylko w pozytywnym znaczeniu tego słowa;
* spędzić trochę czasu w moim ukochanym mieście Berlinie;
* częściej pisać tradycyjne listy, kartki świąteczne;
* spędzać czas na łonie natury;
* ograniczyć słodycze - nie wiem jak to zrobię;
* nie robić zakupów w niedziele - to już 2 raz jest moim postanowieniem - w zeszłym roku nie dałem rady wytrzymać;
* na zakupy chodzić z listą zakupów;
* zwiedzić Warszawę;
* zwiedzić Poznań/Wrocław/Kraków;
* przeprowadzić się do jednego z ww miast, ew. Gdańsk ;-);
* Coming Out przed Leną - zbieram się do tego od dłuższego czasu...;

No to tak na tę chwilę moje postanowienia, ile z nich się spełni okaże się za rok ;-) Fajnie będzie spojrzeć na tę listę po roku czasu i podsumować to co się udało, a co niestety nie...

Tym samym życzenia:

Zdrowego, szczęśliwego Nowego Roku

By był dla każdego z Was,
z osobna i dla wszystkich razem, 


rokiem nie gorszym niż miniony, 
a owocniejszym w uczucia!
Udanego skoku do 2018 roku!!!


P.S. Ja w tym roku Sylwestra spędzę w obecności Art'ka i jego nowego chłopaka - no dobra póki co kolegi - a czy zaowocuje ta znajomość w coś więcej czas pokaże... Wpadają do mnie na małą domówkę. Misiek niestety nadal daleko w świecie. Ale już nie długo wraca i to najważniejsze :)

wtorek, 26 grudnia 2017

Zmęczenie materiału

Pomijając życzenia świąteczne, to bardzo damo nie pisałem co u mnie.

To zaniedbanie to wynik mojego pracoholizmu. Jak inaczej nazwać ten stan kiedy idziesz rano do pracy, niby ją kończysz ok. 16 i wracasz do domu, ale dalej pracujesz, bo jak nie sprawdziany, testy i inne prace, to sprawy dokumentacji, materiałów, sprawozdania, raporty, notatki prasowe i inne pierdu pierdu. Jak się potem okazuje mijają niespełna 3 miesiące a ja nie miałem chwili by napisać prosty post, co u mnie.

W podziękowanie dostaję słowa "docenić młodych to spoczną na laurach"  - czyt. pochwaliłem i teraz nic nie robisz.
Po tych słowach krew zawrzała za zamkniętymi drzwiami gabinetu pana Sz. Dość wybuchowo zareagowałem i spytałem czego nie robię, tylko konkretnie proszę, bo nie mam sobie nic do zarzucenia, no i miałem rację, to były tylko puste słowa, bo nie miał nic mi do zarzucenia, owszem jakby chciał to mógłby się przyczepić do nie policzonych godzin na koniec miesiąca, czy nie wpisanego tematu, ale poza tym?
Szybko opuściłem gabinet i przez długi czas nie zaglądałem tam, jak już to tylko służbowo. Od tamtych słów moje nastawienie i podejście do tego człowieka uległo zmianie. Dziś o ile może nie stoję w opozycji, to jednak nie jestem traktowany zupełnie jako członek własnego obozu. Odczuwam takie rzeczy. Tak na prawdę to mi nie przeszkadza, ale uszczypliwości daje się odczuć. Ostatnio zgrzyt miał miejsce na korytarzu gdy zarzucono mi, że nie aktualizuję wiadomości z życia wyspy. Wtedy powiedziałem co myślę, że to nie moja wina, że inni nie przesłali materiału do publikacji, a ja za nich tego robił nie będę, co więcej był weekend i ja w weekend nie pracuję, to jest mój wolny, prywatny czas. A o weekend poszło, bo zarzut był, że ja nie mam czasu bo pracuję jeszcze gdzieś poza wyspą. Guzik komu co do tego. To mój czas wolny i jak go spędzam to moja sprawa, mogę pracować i panu Sz nic do tego.

Oj chyba z 2 tygodnie był gniew. I nie ważne już było, że organizuję to i tamto wydarzenie, że tu wycieczka, tu jakaś akcja, tu coś jeszcze i tam jakiś projekt, jeden i drugi i i i... To się nie liczy, bo w tamten weekend powinienem zrobić aktualizację, na życzenie.

Takie podejście jest nie do zaakceptowania. Dlatego zacząłem myśleć poważnie nad zmianą. Nawet zastanawiam się nad zmianą profesji. Bardzo by mi brakowało tego co teraz robię, nie chciałbym chyba robić czegoś innego, ale jestem na skraju wyczerpania nerwowego i co raz częściej myślę o zmianie, tym bardziej, że Kasia O., proponuje mi wyjazd do pracy za granicę.

Wiem, że wszędzie jest coś, co mierzwi, coś co gryzie, ale tutaj grono stało się rojem, które kąsa non stop.
W dodatku podopieczni mają za dużo pozwolone i rozwalają wszystko to co chce się z nimi zrobić. Nie pomagają rozmowy, uwagi, wezwania opiekunów, rozmowy z wychowawcą, pedagogiem czy samym Panem Sz. To wszystko jest dla nich śmieszne, w oczy się śmieją i mówią Ci, że i tak pójdą dalej. A ja głupi muszę robić piękne oczy do złej gry.
Są tacy agenci jak Agent 001, który szczeka, śpiewa psalmy, kwiczy, puszcza bąki, beka, pluje papierami, nie wspominając, że zaczepia innych i jest tak głośny, że nie da się normalnie funkcjonować. Potrafi położyć się plackiem i udawać trupa, po czym wstaje i się z tego śmieje.

Ma kilku naśladowców Agent 002 w zeszłym roku był jeszcze normalnym wychowankiem, w tym roku odbiło mu i naśladuje 001, ciągle się śmieje z tych głupot tamtego, robi to zawsze głośno tak by zwrócić na siebie uwagę. Zwracanie mu uwagi nie przynosi efektów.

Obok 001 i 002 jest 003, który nie robi totalnie nic. Ciągle przychodzi i zagaduje, ogólnie jest do ukształtowania, ale w czasie kiedy powinien się skupić i pracować wszystko go rozprasza. Non stop rozmawia.

Najlepszy jest 004, który ciągle się dąsa, jest wiecznie obrażony. Nie robi nic. Wystarczy, że go wywoła się do odpowiedzi, czy nawet rozmowy, to już jest nadąsany. Nigdy nie wie gdzie jesteśmy, zawsze ma odlot. Taki ufoludek z kosmosu, co to na ziemi musi za karę siedzieć.

Konkurent 004 to Agent 005 - łapie muchy i rozmawia z nim, śpiewa sobie, jęczy, stęka, nic mu nie pasuje tak jak 004. Ciągle rechocze jak żaba, ma wywalone na wszystko i wszystkich, ale mamusia jak oparzona lata i broni go. Ostatnio wpadła na mnie i zaczęła krzykiem rozmowę, więc ją sprowadziłem do pionu. Reakcja na mój tekst: "Jeśli Pani chce ze mną porozmawiać na temat Agenta 005, to zapraszam." była taka: a, nie, nie, nie, ja teraz to jadę do ... - No i na tym skończyliśmy owocną dyskusję.
Następnym razem sam ją zaczepiłem jak przyszła na wyspę, przedstawiłem zachowanie sprzed chwili i reakcja była taka: "Ja już nie wiem co mam robić. Pokazałam mu jakieś pismo i powiedziałam, że to skierowanie do ośrodka zamkniętego, ale on sobie nic z tego nie zdaje. (...) no wiem, że on to... tamto..." Po chwili rozlega się głos kolegi po fachu ooooo pani Xxx005, jak dobrze, że Panią widzę (...) dołączył kolega do rozmowy, a ja się pożegnałem. Efekt ŻADEN.

Agent 006 to mój wychowanek - od chmur nawracania... nie ma dnia by kogoś nie pobił, nie ma zajęć by czegoś nie zbroił, no chyba, że są to godziny ze mną, bądź też inną koleżanką - a na pozostałych godzinach jest zakałą grupy. Nie było chyba dnia bym nie usłyszał o nim czegoś negatywnego.
Wezwania rodzicieli nie pomagają, oni sobie z nim nie radzą. Ostatnio pobił rówieśniczkę z grupy. Nim dobiegłem do niego to jeszcze kilka razy ją kopnął. Wezwanie rodzicielki nie wiele pomogło. Poza płaczem jej i jego, poza rozmową - efektów nie widać. Jest na celowniku do odstrzału, ale co to da, że spadnie i dołączy do innej grupy... Nie wiem już jak tu postępować, rozmowy z pedagogiem, panem Sz. i mną nie pomagają. Inni rodziciele powiedzieli już konkretnie to był taki ostatni wybryk, następny skończy się włączeniem w to służb porządkowych - czy to coś zmieni, że przyjedzie policjant? Czy coś zmieni jeśli znowu pojawi się KO, albo ktoś z nadzoru? Nie wiele bo w przypadku zarówno 006, 005 i 001 należałoby skierować sprawy do sądu o umieszczenie ich w ośrodkach zamkniętych, gdzie będzie rygor, jasne reguły i granicę. Tu nie można nic, poza zwróceniem uwagi i to jeszcze tak by nie urazić takiego delikwenta, bo on przecież ma prawa, a ja obowiązek...

To tylko kilka przykładów agentów z którymi przyszło się mierzyć. Nie napisałem wszystkiego, ale tu większość to jedna z grup która stała się koszmarem, bo praca w niej jest niemalże niemożliwa. Co z tego, że się staram, przykładam i przygotowuje coś, jak koniec końców nie jestem w stanie zrobić nawet 1/4 całości... A na prawdę mało planuję. Zrobienie 5 przykładów z jednego zadania to jest cholernie mało...

A potem spotykam się z rozliczaniem za sukcesy i porażki, oczywiście tu porażka, bo jak można kiedy grupa oporna na wiedzę i nie robi nic, poza przeszkadzaniem. Rodzice zarówno 001 jak i pozostałych nie radzą sobie z nimi. Wielokrotnie prosili o pomoc, tylko jaką?

Brakuje mi już pomysłów na usprawnienie funkcjonowania tej wyspy, tracę chęci i jakiekolwiek nadzieje na to, że może tam być jeszcze normalnie, tak by się chciało chcieć.

Nie wiem czy na pozostałych jest tak samo. Znajomi z którymi rozmawiam, twierdzą, że to jakiś ewenement. Nie spotykają się z tyloma absurdami, choć i u nich nie brakuje agentów pokroju 001.

Czy to jest to bezstresowe wychowanie wyniesione z domu? Czy to jest nazywając rzeczy po imieniu brak opieki rodzicielskiej, brak miłości, uwagi i czasu okazanego dziecku?

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Wesołych Świąt

Kochani!
Życzę Wam wszystkim i każdemu z osobna, 
Wesołych, spokojnych, otwartych i zdrowych
Świąt Bożego Narodzenia!
Niech ten świąteczny czas będzie chwilą odpoczynku
radości i uśmiechu
Dużo dużo zdrówka i miłości!!!
Buziaczki :* :* :* !!!



środa, 20 września 2017

Warsz-tat



Właśnie dobiega końca pewien etap projektu, w którym biorę udział. Z tej okazji udam się już po raz kolejny w tym miesiącu na spotkanie z innymi uczestnikami/szkoleniowcami, które potrwa do niedzieli.

Workshop zaplanowany został na 5 dni - uf z jednej strony to ratunek, bo uciekam z wyspy i jadę do stolicy. Przez ten czas nie interesuje mnie nic - taki żarcik.

Niech radzą sobie sami, niech robią co chcą, niech dadzą mi święty spokój. Sic! Komórka, chyba muszę zmienić numer, na prywatny bo ten jakby stał się już służbowym-prywatnym. Dzwonią i piszą i i i ... non stop coś, non stop ktoś.

Brak mi kartki w kalendarzu do tego wszystkiego :D

Czy to tylko u mnie takie zawirowanie po deformie!?

W zeszłym roku jakoś było spokojniej, tak prościej pod pewnymi względami, teraz ta nagonka z góry, te kontrole, te zmiany zmuszają do pracy od rana do nocy.

STOP!

Co ja za głupoty gadam! N-ele pracują tylko 18 godzin w tygodniu, a i to nie zupełnie, bo 45 minutowych, więc wychodzi, że 13,5 godziny zegarowej - RAJ

Obyś cudze dzieci uczył - powtarzali, teraz wiem co to znaczy.


niedziela, 27 sierpnia 2017

koniec, bye bye wakacje

To już ostatnia chwila by rozstać się na dobre...

... na dobre by zakończyć ten piękny urlopowy czas.

Bardzo cieszę się z tego wolnego, które dało mi czas na odpoczynek. Dało mi czas bym zajął się nie pracą, lecz sprawami rodzinnymi, bo te naglą.

Jak już to wcześniej pisałem swój Coming Out mam już w dużej mierze za sobą. Pierwszy był mój przyjaciel Szymek, potem moje siostry, później rodzice no i cała reszta tych, którzy dziś wiedzą. Żaden z tych Coming Outów nie był łatwy i nikomu nie powiem, że jest to łatwy moment.
Większość pewnie pomyśli dlaczego nie?
Dlatego, że ja z natury jestem człowiekiem powściągliwym, nie lubię rozmawiać z ludźmi w cztery oczy o moich uczuciach. A za sprawą Coming Outów trzeba o tym mówić. Gorzej się czuję, gdy musze o tym mówić, ponieważ czuję się obdzierany z mojej natury, z ubrań, z mojego życia prywatnego. Za każdym razem miałem wrażenie, że opowiadam o moim łóżku, a nie o sobie, bo mnie przecież wszyscy Ci ludzie znali i znają.
Ten fakt tak naprawdę nie zmienia nic - a jednak dużo.

Moja przyjaźń skończyła się jakoś tuż po moim Coming Outcie - może ja to źle odbieram, bo nasze drogi się bardzo rozeszły tuż po tej rozmowie, za sprawą różnych wypadkowych, studia w innych miastach, obowiązki praca, etc. Jednak napisać od czasu do czasu to, żaden problem i odległość nie odgrywa tutaj większej roli, jednak...

Coming Out wśród sióstr to raczej była dość prosta rozmowa "to Twoje życie" - żadnych komentarzy i innych temu podobnych stwierdzeń.

Wśród rodziców - niby nie tak źle. Właściwie to, to było dla nich tylko potwierdzeniem tego co przypuszczali. Mój Coming Out przed nimi nastąpił 1.1.2016 roku. Byliśmy z Miśkiem na Sylwestra u nich.
Wiem, że nie było im łatwo. I wiem też, że dalej nie jest.

Moja Mama świetnie rozumie się z Miśkiem, aż czasem jestem zazdrosny o to, że ktoś kogoś lepiej rozumie w niektórych kwestiach.
Niemniej jednak cieszę się, że tak jest, bo przecież mogło być zupełnie inaczej. Moja Mamusia to typowa teściowa więc łatwa w obejściu nie jest. Jeśli ktoś jej nie będzie odpowiadał to będzie taką nielubianą teściową.

Z ojcem niby nie było źle. Misiek ma z nim znowu lepszy kontakt niż ja. Ja go nie mam. Straciłem szacunek i dobre słowo. Wręcz stałem się wyrodnym dzieckiem. Nie przeszkadza mi to, chociaż boli. Każda rozmowa kończy się kłótnią i ostrą wymianą zdań. Czasem pada zbyt dużo słów, które można było sobie darować, lecz nie umiem inaczej. Niekiedy jest gorzej. Tak, czasem nie umiem utrzymać ręki przy sobie. Zdarzyło się to parę razy. Wytrzymywałem 19 lat to wszystko, dziś już nie. Wiem, że nikt nie może pomóc i nikt nie pomoże. Ta bezsilność jest cholernie zdradliwa.

Jako, że rodzice mieszkają na wsi, ja również pochodzę ze wsi to znam tu wszystkich. Może lepiej powiedzieć znałem. Okazuje się, że ludzie więcej wiedzą niż by się tego chciało. Czasem są uszczypliwe komentarze - ja jeden taki usłyszałem - ale o czym rozmawiać z człowiekiem niewykształconym, bez pojęcia o świecie. Skomentowałem przycinkę, ale rozsądkiem. Wydaje mi się, że nie zrozumiał.
Przy okazji: człowiek niewykształcony to taki bez ukończonej szkoły. Nie bym obrażał kogoś kto skończył zawód i ma pojęcie w swoim fachu.

Od rodziców i mojej przyszywanej babci wiem, że komentarzy było i jest więcej. Może nie są one tak silne, ale od czasu do czasu są.

Przez ten mój długi wakacyjny czas wolny ludzie chcąc nie chcąc widzieli nas częściej, również częściej byliśmy tam pomóc mojej mamie. Czy to cięliśmy, czy też rąbaliśmy drzewo, zawsze razem. Spacery po wsi stały się normalnością u co po niektórych. Trzeba było coś naprawić to robiliśmy to razem. Pokryć dach, też robiliśmy, kosić trawę też kosiliśmy itd. tych czynności było wiele. Także niektóre spojrzenia były raczej ciekawością, no bo przecież pierwszy raz w życiu co niektórzy widzieli gejów.

Wiem, że są tacy co mówią coś do ojca, ale to już jego problem. Mógł mnie słuchać. Nie posłuchał. Dziś ma pretensje, mieć może ją do siebie samego. Zniszczył swoje i mamy życie. Mojego mu się nie uda.

Są też tacy którym mówić nie musiałem, a chyba oczywistem jest to, że przyjeżdżamy razem i jesteśmy u moich rodziców. Także wnioski wyciągają sami. Nie mówiłem nic, a jednak ich wnioski są słuszne.
W tym wszystkim jest tylko jedna niewiadoma jak mam mówić do dzieci o swoim Miśku. Franek zostawia swojego synka u babci, ja go traktuję jak mojego znajomego, znam go od dziecka, wielokrotnie uczestniczyłem w wielu wydarzeniach, często on jest u babci a ja u rodziców to mamy dobry kontakt. On ma zaledwie 10 lat, ja ponad 25. Lubi przyjść porozmawiać, jak coś robię to pomóc, albo porobić ze mną. Czy to grzebać przy samochodzie, czy układać drzewo, czy coś innego. On nie spytał się nigdy kim jest Misiek, ale czasem mam wrażenie, że to pytanie się zbliża, nie wiem co Franek z żoną mu powiedzieli, albo jego babcia. Nie wiem co ja sam miałbym mu powiedzieć. Oj na prawdę nie wiem. Z jednej strony prawdę, tylko najtrudniejsze jest to, że chciałbym by on zatrzymał to dla siebie, ale młody Franek to taka papla, wszystko sprzeda. Stąd czuję się tutaj dość ubogi w wiedzę i narzędzia jak rozmawiać z dziećmi o orientacji. Traktuję go tak trochę jak młodszego brata, ale jest to trudne.
Zresztą młody bardzo lubi Miśka, ciągle za nim lata i zagaduje, czy potrafi to, czy tamto, czy mu pomoże, czy coś z nim porobi. Mimo iż, czasem jest nieznośny to da się lubić.

Nie ma co ukrywać, że ten post jest też efektem tego, że jest mi ciężko na sercu. Potrzebowałem przelać te myśli na blog, może jakoś się to wszystko poukłada.

Oprócz tego całego kramu zawirowań w domu rodzinnym jeszcze targają mną myśli o mojej pracy i o mnie. Co jeśli...?
Dziś już sobie tłumaczę, że jeśli nawet, to przecież będzie okazja do kolejnej zmiany. Mam nadzieję, że tym razem lepszej i oddalonej w kilometrach od rodzinnego domu. Jeśli zmieniać pracę, to tylko na taką gdzie odetnę się od mojej rodziny. Tylko ja i Misiek - my dwaj zaczniemy od nowa. A inni niech sobie radzą.

Nie wiem skąd to się bierze, ale ostatnio miewam sny o duchach. Pierwszy z nich to sen, który miał miejsce niedaleko po tym jak wróciłem z wakacji z Niemiec. Śniło mi się, że opuszczałem toaletę i szedłem do salonu, taki miałem zamiar, a tuż po tym jak otworzyły się drzwi i wyszedłem z niej zobaczyłem moją duszę, która uciekała przede mną, a ja biegłem za nią, by ją złapać i zatrzymać. Nie złapałem ona była w pokoju już, a ja dobiegałem do niego, gdy się obudziłem. I tak sobie myślę, że faktycznie ja zostałem tam, a moje ciało przyjechało tutaj...

Kolejny raz też mi się śnił duch, ale nie mój. Tak jak dziś pokłóciłem się ostro z ojcem. Później jeszcze go strzeliłem, bo zasłużył sobie. Wyzwał mnie. To był tylko pretekst z mojej strony. Obraził wielokrotnie mamę, a że słyszałem to tylko z daleka, z innego pokoju, to poszedłem i mówiąc kolokwialnie sprzedałem mu gonga. Źle nie było, nie tym razem.
Tej samej nocy miałem sen. Byłem obserwatorem całego zajścia. Widziałem siebie jak śpię, a do pokoju wszedł duch mojego ojca i zbliżał się do łóżka, dalej czekałem patrząc co zrobi, zbliżył się i delikatnie mnie próbował dotknąć, gdy wreszcie to zrobił, to udało mu się mnie obudzić, takie miałem też przeczucie, że przyszedł mnie obudzić, zerwałem się i patrzę nikogo nie ma.
Nie wiem jak mam to rozumieć. Czuję się z tym dziwnie.
Ileż razy dawać komuś szansę? Ileż razy wybaczać? Ileż razy...???
Brak mi sił... jego oprawcze rozumowanie świata, brutalność, chamstwo i poczucie wyższości nie pozwala mi traktować tego jako próba zmian.

--------------
Dzięki temu blogowi poznałem tak dużo wartościowych ludzi. Jestem bardzo zadowolony z tego powodu. Cieszę się, że są ludzie którzy czytają moje myśli przelane na e-papier.

Bardzo mnie zdziwił ostatnio pewien SMS:

"Siemanko. Co tam slychac u Ciebie? Jak zyjesz? Jak praca? Pracujesz dalej w tej .... o ktorej mowiles? Pozdrowienia"

Nadawcą tej wiadomości był nie kto inny jak Szymek. Byłem zszokowany. Tym bardziej, że wymienił kilka wiadomości, nie tylko jedną. Co więcej zaprosił nawet do siebie, tam gdzie teraz mieszka.

---------------
I tym akcentem mogę powiedzieć bye, bye wakacje...



poniedziałek, 31 lipca 2017

Urlop

Choć mój urlop czy też wakacje rozpoczęły się wcześniej, to prawda jest taka, że dopiero od niedawna czuję, że odpoczywam.

Odpoczywam od trosk związanych z codzienną pracą - i to jest piękne uczucie.

Niestety zwykle już jest tak, że jak jedna strona się polepszy to inna się popieprzy i tak w koło Macieju.

Zdaję sobie sprawę z mojego przywiązania do mojej Familii, która mimo tego, że czasem doprowadza mnie do szewskiej pasji, to jednak jest takim elementem, którego nie umiem pozostawić w tyle.

Zdaję sobie sprawę, doskonale z mojego położenia, życie w mieście praca daleko poza nim. To taka próba ucieczki od prawdy, swego rodzaju parawan - wydaje mi się, że większa anonimowość :) Może to tylko pozory.

Zdaję sobie sprawę, że muszę coś zmienić w moim życiu, jednak trudno mi postawić ten krok naprzód, ku zmianom.
Jakoś boję się tego pierwszego momentu zmiany. Stresu związanego z poszukiwaniem pracy, mieszkania. Dalsza próba zaklimatyzowania się w nowym miejscu, myślę, że byłaby już przyjemnością, ale dalej hamulec naciskany jest w wyniku obaw - niewątpliwie strachu przed nowym (trochę niepewnym).

Eh okropny jestem ;/ xD



czwartek, 20 lipca 2017

posiwiałem o 1 włosek



Taki dzień ponoć jest raz w roku. Cieszyć się można i świętować. Jak dla mnie to zwykły dzień, w którym można zrobić wiele, a można też nie robić nic.

Ja podchodzę do urodzin dość sceptycznie. Stały mi się one obojętne. Sam nie wiem dlaczego. Jakoś to nic szczególnego, a z drugiej strony to znowu pokazuje, że zamiast wykorzystać okazję do świętowania i cieszenia się chwilą, rezygnuję z tego.

Smutne to takie, lecz prawdziwe.


wtorek, 18 lipca 2017

Mr Gay Europe

Dziś zauważyłem, że można już głosować na Mr Gay Europy - i wszedłem z ciekawości zobaczyć kto tam się znalazł.

Spośród całej 12 najbardziej spodobał mi się kandydat wcale nie z Polski, choć ten też i tak mój ranking to taki:

1. Belgia
2. Polska
3. Portugalia

Jestem ciekaw czy Wy już głosowaliście? Jeśli nie to kto Waszym zdaniem powinien wygrać ten tytuł?
Swój głos możecie oddać tutaj :) Jeden głos na 24 godziny, ciekawe, ciekawe :P

A tutaj cała lista tegorocznych ciasteczek ;-)

P.S. Niech będzie, że to same ciasteczka :P :P :P



piątek, 14 lipca 2017

bezsenność



Własność: www.gejpisze.blogspot.com
Kopiowanie i rozpowszechnianie dozwolone z zastrzeżeniem podania źródła.
Od jakiegoś tygodnia mam ogromny problem z zaśnięciem. Wiercę się z boku na bok. Wstaję, kładę się, patrzę w niebo, w gwiazdy jeśli je widać. Przyglądam się pełni księżyca i tak po może dobrej godzinie walki z samym sobą zasypiam.

W nocy miewam jakieś głupie sny. Dziwadła mi się śnią. Niektóre z nich chyba są rzeczywiście wyprzedzeniem rzeczywistości i sugerują, że coś się wydarzy. Tak było w miniony weekend. Szkoda, że to nic przyjemnego.

Teoretycznie mogę pospać dłużej - więc nie powinienem się jakoś tym smucić. Jednak i to okazuje się być problemem. Budzę się po 4 i nie mogę spać. Kolejne godziny z boku na bok się przewracam. Próbuję zająć głowę czymś. Myśli zawsze się znajdą - czy to przyjemne, czy też mniej. Mija godzina, a ja dalej nie śpię. Dziś po takim maratonie postanowiłem wstać. I zrobiłem sobie herbatę, włączyłem komputer i piszę. 

Pogoda jest piękna świeci słońce, niebo czyste, bezchmurne. Na telefonie zerkam na prognozę i widzę, ma być pochmurnie z przelotnym słońcem, temperatura do 20°C. Teraz jest zaledwie 10°C.

Weekend się rozpoczyna, widać to we wpisach na Instagramie i Snapie - jak środa mija to właściwie radość tą widać już u większości ;) Zatem już teraz po 5 rano, życzę Wam udanego startu w weekend.

Zamierzam troszeczkę popracować na działce w weekend. Czy się uda czas pokaże, a właściwie wszystko zależne jest od pogody. 

P.S. I mam kolejną zagwostkę. Teraz? Czy później?

piątek, 7 lipca 2017

bank ofert pracy

Natchniony ja, znowu po jakiejś dwutygodniowej przerwie zacząłem szukać.

Z jednej strony chcę zostawić swój grajdoł i iść do innego, ale z drugiej strony to mam taki niesmak. Gdybym nawet znalazł coś, to nie wiedziałbym jak się rozstać ze swoją wyspą. Co powiedzieć dyrekcji, jak wytłumaczyć swoją decyzję - mam na co zwalić winę (dojazdy), ale nie czułbym się fair zwłaszcza, że w gminie zaszłaby potrzeba aż dwóch fachowców. Na równoległej wyspie koleżanka jest w ciąże i jest na urlopie pilnie poszukują kogoś na zastępstwo, a że dojeżdżać trzeba to się nikt nie chce porwać.

Własność: www.gejpisze.blogspot.com
Kopiowanie i rozpowszechnianie dozwolone z zastrzeżeniem podania źródła. 


Wracając do mojej osoby i poszukiwań to wszedłem na strony KO i przeglądam co oferują - oczywiście gdzieś w mojej głowie zapala się lampka - przecież nie wszystko musi być prawdziwe, liczy się ilość, nie jakość w tej dziedzinie. A pisali o tym już w gazetach.

Oczywiście pod uwagę biorę tylko oferty na cały etat i nie na zastępstwo.
Może to głupie postępowanie,
ale co jak po roku będę musiał 
znowu zmieniać miasto i otoczenie? 
Ja tak nie lubię.

I tak pierwsza na celowniku znalazła się stolica - Wawa:
Liczba ofert z całym i więcej etatem: 3
I nawet jest coś co moje oko na chwilę zatrzymało: jedna z niepublicznych.

Kolejne KO - Kraków:
Liczba ofert z całym i więcej etatem: 1
W Tarnowie 0,77 etatu
Jest to ZS ponadpodstawowych/ponadgimnazjalnych - nie mam doświadczenia w tego typu placówce i myślę, że nie mam szans tym bardziej, że jestem spoza Krk. Sam proces rekrutacji byłby troszkę "trudny".

Kolej na KO - Gdańsk
Liczba ofert z całym i więcej etatem: 0
Zaskoczony byłem
Jedna oferta była na zastępstwo, ale wiem to spoza strony KO, a od dyrektora szkoły.

Potem to już tylko przeglądałem w:
Poznaniu - brak
Wrocław - brak
Szczecin - iiii...









I tu byłem zaskoczony bo jest kilka ofert w różnego rodzaju placówkach. Ale nigdy nie brałem pod uwagę tego miasta. Hm...

Dla porównania "u siebie" mam min. 24 godz. w przypadku wychowawstwa, którego się wypieram jak mogę, 25.

To takie me dylematy.

P.S. 
Udanego piąteczku :)

Ostatnio to hit Internetu

Ponoć to też jest hit w wykonaniu Polaka

A to już w polskiej wersji


wtorek, 4 lipca 2017

nie mieszczę się w sobie

Własność: www.gejpisze.blogspot.com
Kopiowanie i rozpowszechnianie dozwolone z zastrzeżeniem podania źródła. 

Od pewnego czasu odczuwam silny dyskomforty fizyczno-psychiczny. Jest źle. Ale co oznacza to słowo "źle" - ciężko jest wytłumaczyć.

Po dość trudnym okresie jakim była zmiana miejsca pracy, zaklimatyzowanie się na wyspie nie było dla mnie zbyt łatwym wyzwaniem. Jakoś mu podołałem, ale. Jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach:
- powtórzę się: lubię swoją pracę;
- nie chciałbym jej zmieniać;
- ale duszę się w tym miejscu;
- jestem bardzo ograniczony;
- ten strach przed wyjściem na jaw, że jestem w związku homoseksualnym;
- ten lęk, że może ktoś się dowie i rozpowie;
- ten dystans do otoczenia;
- to ciągłe ukrywanie się przed światem;
- marne zarobki;
- czepianie się o byle co;
- narzucanie stylu pracy - kiedy ja mam swój i go nie zmienię;
- robienie z igły widły;
i wiele innych.

Największy dyskomfort odczuwam w odniesieniu do swojej orientacji. To kameralna wysepka gdzie każdy każdego zna i wszyscy wiedzą o wszystkich wszystko. Wiadomości rozchodzą się z promieniem światła. Dlatego tak ważne jest to, by się pilnować i nie wychylać.

Patrząc na ilość mojego czasu wolnego to, mówię szczerze nie mam gdzie się wychylić, poza 4 ściany. Jednakże nawet obcowanie w towarzystwie innych osób może być ryzykowne. Chciałbym z moim Miśkiem poznać kogoś nowego, z kim moglibyśmy wyjść gdzieś na piwo, spotkać się na kręgle, czy spacer. Potrzebujemy oboje znajomych, ale by kogoś poznać trzeba się otworzyć na ludzi, bez tego się nie da. Ja niestety się mocno wzdrygam przed tym by się z kimś wymienić zdjęciem, a niestety większość relacji jakie się nawiązuje bardzo ściśle związane są z naszym wizerunkiem, bo kto pójdzie się z kimś spotkać w ciemno, bez uprzedniej wymiany zdjęć. Może jakiś małolat z gimbazy by jeszcze na to poleciał, ale nie starsi...

Może panikuję bardzo, ale nastroje społeczne wcale nie są tak pozytywne jak może się zdawać. Wystarczy popatrzeć na wiadomości, co dzieje się w naszym kraju, jeśli nie wiadomości to chętnie czytane przeze mnie komentarze pod postami czy to na fb, czy na stronach gazet. Tyle świństwa ludzie wylewają na ludzi, że aż strach się odezwać. Wszechobecny hejt ma się bardzo dobrze, a będzie mieć się jeszcze lepiej, bo jest na to odgórne przyzwolenie.

Podziwiam wszystkich tych co żyją swoim życiem i nie krępują się przed innymi, że są na przykład w związku z innym facetem. Jestem z nich dumny i szczerze im wdzięczny, że stanowią ikonę tego, czego ja niestety nie potrafię przedstawić. Nie potrafię, bo nie odważę się zaryzykować - musiałbym poszukać od razu innego zajęcia - a zmiana pracy to ciężki orzech do zgryzienia.

Myślę o tym codziennie gdzie, co i jak mógłbym robić. Po moim ostatnim szkoleniu w stolicy, zapragnąłem właśnie zamieszkania w Warszawie. Odmieniło mi się, jak wcześniej nie chciałem, tak teraz coś mnie tam ciągnie.
Jednak ja zadaję sobie pytanie: co ty będziesz tam robił? Co? Gdzie? - Korporacji jest mnóstwo, na pewno bym znalazł sobie jakieś miejsce zatrudnienia, ale co z satysfakcją i przyjemnością z wykonywanej pracy?
Nie umiem sobie wyobrazić siebie w innym miejscu niż taka wyspa. Jakoś ciężko mi dopuścić myśl, że mógłbym być zadowolony z innego wykonywanego zajęcia tak bardzo jak jestem zadowolony z tego co robię teraz.
Ostatnio pewna osoba powiedziała mi wprost: ale ty głupi jesteś, siedzisz za takie pieniądze w takiej dziurze. Jarek obudź się. Idź do jakiejś korporacji popracujesz trochę, odłożysz sobie pieniądze, dorobisz korkami i kupisz sobie mieszkanie, a nie będziesz dorabiał kogoś.
Zgadzam się z nią (to dziewczyna była), ale jakoś nie umiem zrobić tego kroku na przód. Raczej stoję w miejscu. Ciągle się waham przez pójściem do przodu, przed zmianą miejsca zatrudnienia.

Mam koleżankę, Wika się nazywa, w Gdańsku, która to zachwala sobie pracę w obecnej firmie. Jest zadowolona i nie narzeka na warunki, płaca też jest zadowalająca - porównywalnie do tego co zarabiałem ja w koropo (4 tyś brutto), ona ma 4200 brutto - na start, to nie jest źle.
W Wawie co prawda nie mam znajomych ze studiów, ale jest tam np. Basia K. z którą się znam z wakacji i myślę, że mógłbym odnowić tą znajomość.
Może byłaby okazja do poznania niektórych osób, których poznałem na blogu ;-) ;-) ;-)
W Krakowie mieszka Mateusz ze swoim chłopakiem, myślę, że nie byłoby problemu byśmy dalej podtrzymywali naszą znajomość, która po rozstaniu jest tylko znajomością od czasu do czasu, piszemy co u nas słychać.
Koleżanka z byłej mojej pracy w korpo polecała mi pracę w Poznaniu w dobrze prosperującej firmie, warunki ciekawe i praca wydawała się być też bardzo ciekawa, nie monotonna. Nawet pamiętam rozmawiałem z jakimś chłopakiem z tamtejszej firmy o tej pracy - ale pojawiła się praca na wyspie i tak wybrałem to co lubię, nauczać.
Zapytanie było raz ze Szczecina - ale co ja bym tam robił? Tak daleko od znajomych :D hahah - tych to prawie w ogóle tutaj nie mam.

Dziś moi znajomi to:
- Misiek;
- mama, siostry, brat;
- Art - kolega ze studiów.

Inne znajomości są tak sporadyczne, że nawet trudno mowić tu o znajomościach, bo nie da rady wyjść gdzieś, czy też się z nimi spotkać.

Ostatnio poznałem pewnego chłopaka, piszemy z nim, ale czy ta znajomość przetrwa tego nie wiem. Strach przed poznaniem się potęguje fakt, że San - tak będę go tu nazywał, pracuje blisko mojej wyspy.
Wiele już rozmawialiśmy o prywatności itp. ale dalej się waham. Sam już nie wiem czego...

Oczywiście mam wielu innych znajomych, przyjaciół, jednak nie są to osoby, które mieszkają w mojej bezpośredniej okolicy (prawda Atko?), stąd też spotkanie jest już trudniejsze.

Próbuję poznać kogoś by nie zajmować się tylko domem i pracą, bo tak zwariuję i myślę, że fakt, że nie mieszczę się w sobie jest wynikiem tego, że nie mam zbytnio z kim się spotkać. Kontakty tylko z jedną osobą mogą być nie wystarczające, nie zawsze się da byśmy się spotkali.

Mam teraz swój urlop czy jak kto woli wakacje, wiec teraz muszę pomyśleć o tym co robić później. Chciałbym odpocząć i zregenerować siły.

Jeden wypad mam już za sobą. Był zorganizowany przez pracowników wyspy, więc to takie krótkie wakacje, bez chwili dla siebie, za to mogłem wiele zobaczyć i z tego się ogromnie cieszę.

P.S. W miniony weekend byłem na ślubie Andrzeja i świetnie się bawiłem. Wiem od Sana, że nie byłem sam tam, bo gejów było co najmniej dwóch :D a czy ktoś jeszcze tego nie wiem :P :P :P
Ale właściwie to nie o tym chciałem napisać.
Przemowa księdza była bardzo fajna. Zaimponował mi mówiąc o miłości. Miłość to nie uczucie. To uczucie zauroczeniem się zwie i ono przemija i dobrze, że przemija. Miłość to coś więcej... - mógłbym o tym napisać oddzielny post, może to uczynię :)

Udanych urlopów i wypoczynków wszystkim tu zaglądającym :))

poniedziałek, 19 czerwca 2017

pliki w chmurze

Czy ktoś z Was korzysta z chmury?

Odkąd miałem awarię dysku na mojej Windzie, chodzi mi po głowie myśl o wykupieniu chmury. I tak się zastanawiam:

plusów jest sporo i to zachęca, wręcz kusi, ale są minusy.

Nie każde zdjęcie, nie każdy tekst chciałbym umieszczać w chmurze, bo zawsze może zadziać się coś złego i te dane mogą dostać się w niepowołane ręce, co wtedy?

Oczywiście mógłbym nie umieszczać zdjęć, które należałoby chronić, ale czy wtedy będzie miało rzeczywiście sens? Po co mi miejsce, które nie będzie miejscem rzeczywiście do wszystkiego?

A może zbytnio przesadzam z tymi obawami...?

Dodatkowo mam inny dylemat związany z miejscem, bo dorobiłem się Mac Booka, ale z małym dyskiem... więc taka chmura byłaby doskonałym rozwiązaniem...

Każde zdanie mile widziane...

środa, 24 maja 2017

War-S-awo witaj

Czuję się jak w bajce, pomimo ostatnich złych spraw jakie na mnie spadły... Udało mi się zrobić coś szalonego i jestem z siebie dumny i mega zadowolony.

Ale znalazłem się w mieście za którym nie przepadam - Warszawo, tak to ty! - błądzę po stolicy. Może nie będzie tak źle.

Jest wieczór, więc trzeba iść pospacerować :D Ktoś chętny??? hehehe ^^

Pozdrawiam Warszawiaków ;-)




Akurat leci coś podobnego na RTL :D Takie klimaty...

środa, 17 maja 2017

moja ukochana Zalesia

Jestem frustratem.

Z mojego zapału pozostały szczątki, tylko nieliczni potrafią jeszcze wzniecić ogień i chęć do działania. Staram się, ale to nic pożytecznego nie przynosi.

Ostatnio spotykam się z ludźmi po fachu, dużo rozmawiamy, wymieniamy się doświadczeniem i radami - uwielbiam te szkolenia. Wracam po takim szkoleniu naładowany pozytywną energią i chęcią do pracy.
Ale dosięgam lądu na wyspie i już wracam na "ziemię". Przecież u mnie to jest nie do zrealizowania w taki sposób. Wszystko jakby potajemnie się robi. Wszystko to jedna wielka fikcja. Mi to osobiście bardzo przeszkadza, bo moje skrzydła są podcinane, a wymagania rosną.

Myślę o odejściu. Ja myślę, a inni mówią co ty tam jeszcze robisz, z takimi pomysłami to gdzieś indziej byś mógł żyć. No i pytanie wewnętrzne mógłbym czy tylko wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

Śledzę trochę życie z innych wysepek i faktycznie tam widać tętniące życie. Widać działania, widać, że ludzie się angażują. U nas nie widać. A jak już coś jest to tylko pozory, bo trzeba się dobrze zaprezentować, żeby nie przyciągnąć uwagi obserwatorów.

Tendencja jest taka: przekolorować rzeczywistość, tak by nikt nie miał zastrzeżeń. Wstyd mi, że moje nazwisko widnieje w takim miejscu.

Od pewnego czasu notorycznie odwiedzam stronę KO z ofertami i co jest ich pełno: jakieś 60 ofert pracy.
Myślicie to czego on jeszcze chce?

Tak, tam jest 60 jak nie więcej ofert z województwa, ale tylko na 2-4-6 godzin. Wyjątkiem jest jedna oferta 7 godz., jedna 8 godz., jedna 9 godz.
Bym w stolicy uzbierał etat musiałbym pracować na 3 wyspach: 9+8+2 -czyli 1 godz. ponad etat. Ale co to za komfort pracy latać po placówkach. Gdyby jeszcze były w sąsiedztwie, a to często skrajne końce dzielnic...
Od miasta 12 km. oddalona wyspa szuka kogoś na 15 godz. / a gdzie tu mowa o całym etacie?

A wszystko to dzięki wspaniałomyślnej ministrze. Zalesia jak ja cię cholernie nienawidzę. Ten twój dobrobyt, który nam fundujesz, mogłabyś równie dobrze wsadzić sobie w d***.  Jesteś niekompetentną hipokrytką.

I tak dochodzę do wniosku, że zmiana wyspy to nie jest takie proste zadanie jak się wydaje. Tu mam zapewniony etat, gdzieś indziej, mimo iż bliżej już bym go nie miał, a to jest znaczny pieniądz przy tych marnych zarobkach.

Szloch, szloch, szlocham
:( :( :(

czwartek, 11 maja 2017

W życiu piękne są tylko chwile

Własność: www.gejpisze.blogspot.com
Kopiowanie i rozpowszechnianie dozwolone z zastrzeżeniem podania źródła. 

Kiedyś pisałem, dziś już nie umiem. W tym dniu jednakże się postarałem. Bo jaki możesz dać komuś prezent, skoro ty jesteś tu, a ona tam.
Myślisz jaki możesz dać prezent, by nie przepadł jak kamień w wodę. Myśli me zebrały się nad słowem, bo to ono nas połączyło i niech będzie tym co nas do siebie motywuje.

Mówię o niej, o osobie, która wielokrotnie podniosła mnie na duchu, która swoim słowem sprawiła, że wstałem z kolan.
Ona - tak niepozorna, tak mi nieznana wyciągnęła dłoń, gdy tego potrzebowałem. Ona łez nie zmazała, ona je pokonała.

Wiem, że dzisiaj jest trochę inaczej, niż wtedy, gdy się poznaliśmy - tu, gdy targały nami myśli, czy my to my, a nie ktoś inny.
Wiem, że takiej drugiej nie ma.
I dobrze - bo po co by mi nawet?

Jest jedna: Przyjaciółka.

Dla Ciebie te słowa:

środa, 10 maja 2017

w radiu

Każdego dnia jeżdżąc do pracy samochodem słucham sobie radia.
Słucham i staram się uciekać od rzeczywistości, która wielokrotnie mnie przytłacza - to taka moja próba ominięcia myśli o tym jak zaradzić na zło i niedogodności życia codziennego.

Mam swoje "ulubione" stacje i tak bardzo często słucham rmf.fm - raz, że lubię poczucie humoru prowadzących te audycje poranne oraz te popołudniowe. Dwa to radio ma dobry nadajnik, także z odbiorem nie mam problemów.

Ostatnio zauważam pewne niewygodne rzeczy. Pierwszy raz poczułem się urażony przez prowadzących komentarzem odnośnie osób LGBT.
Rozumiem luźny i często prześmiewczy ton wypowiedzi prowadzących, lubię ich takie "luzackie" podejście i tą umiejętność tworzenia "głupawych" tekstów. Jednakże zauważam, że są one niekiedy krzywdzące.
Wtedy też pomyślałem chyba napiszę od nich mail - z zapytaniem o kwestię rozumienia praw LGBT oraz z pytaniem jaki mają do nas stosunek. Na myślach pozostało.

Dzisiaj w porannej audycji po wiadomościach o 7 rano prowadzący komentowali wiadomości i tak niestety po raz kolejny poczułem niesmak. Tym razem zupełnie innej kategorii.

Rozumiem poglądy polityczne ma każdy z nas - one są we większości różne. Tak też jest dobrze. Jednakże radio to chyba medium, które słucha rzesza ludzi, którzy często te wiadomości podają dalej i tak z ust do ust można wysłać w świat wiadomość, która jest nieprawdziwa.

Komentarz do wiadomości był mniej więcej taki:
A co oni robili (mowa o PO)? Przez 8 lat ich rządów nie wzrosła płaca minimalna. Gdzie byli, a teraz to łatwo rządzić finansami z pozycji opozycji.
I tak od razu pomyślałem co za bzdury. Moja mama zarabia najniższą i na pewno ostatnie 3 lata wstecz zawsze była jakaś niewielka podwyżka. Wcześniej jakoś nie jestem w stanie tego potwierdzić, ale znalazłem grafikę, którą opublikowało PO na fb, z niej wynika więcej.
Ta kwota rosła, nieznacznie ale rosła.
Źródło: Facebook. Profil Platformy Obywatelskiej: wieczorny wpis z dn. 22.05.

Zezłościł mnie ten komentarz. Był nie prawdziwy.

---
Nie jestem żadną z tych opcji - nie jestem pro PiSowski, anie pro PeOwski. Odkąd powstała partia Razem, to jestem po jej stronie. Liczę na to, że z czasem wejdą do sejmu i będą zabierać miejsca w nim tym PO-PISowskim nieudacznikom.
Szanuję jeszcze Lewicę, lecz po jej stronie dziś tylko Barbara Nowacka jest jej twarzą, a Millerowie i jego klika to tylko antyreklama i niszczenie wizerunku polskiej lewicy. Zjednoczna Lewica nie była w stanie przyciągnąć do siebie wyborców i nie będzie w stanie. Jest tworem, który jest połączeniem wielu odłamów lewicowych, każdy gra tak by coś dla siebie ugrać, a tak nie można być prawdziwym przedstawicielem narodu. Myślę, że to m.in. dlatego ponieśli porażkę.

poniedziałek, 8 maja 2017

kolej na Coming Out

Własność: www.gejpisze.blogspot.com
Kopiowanie i rozpowszechnianie dozwolone z zastrzeżeniem podania źródła. 


Co jest Coming Out - każdy chyba wie :)

Dla niewtajemniczonych za Wikipedią:
Coming out (of the closet) (od ang. to come out of the closet - wyjść z szafy) – proces samodzielnego ujawniania własnej orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej (posiadanej przez mniejszość w społeczeństwie) przed innymi ludźmi (np. rodziną, przyjaciółmi, znajomymi czy współpracownikami). Proces ten zawiera w sobie fakt uświadomienia sobie własnej, odmiennej od heteroseksualnej, orientacji seksualnej oraz naukę samoakceptacji jako geja, lesbijki lub osoby biseksualnej (coming out przed samym sobą).
Ja również, ale przed każdym Coming out'em czuję się niespokojnie. Czuję się dziwnie i niezbyt świetnie. A wszystko to dlatego, że mam poczucie, że muszę komuś opowiadać o swoim życiu prywatnym. To jest dla mnie niezręczne.

Strach? Tak. Jest to pewnego rodzaju strach - czy dobrane słowa, czy reakcja, czy moja postawa, czy postawa drugiej strony będą właściwe.

Niepokój? Tak. Czy cała rozmowa wypadnie dobrze? Czy źle?

A w końcu czy ta decyzja o coming out'cie to właściwa decyzja?

Z Leną (o Lenie było tutaj) znamy się od czasów studiów - także jest to już jakieś 7 lat. Bardzo ją lubię. Różnie bywało pomiędzy nami - mowa tu o relacjach. Były czasy kiedy to była moją podporą, ogromnym wsparciem, był też moment kryzysowy, kiedy to chyba ja się odsunąłem od niej. Później jakoś przemyślałem to wszystko i znowu zaczęliśmy się kumplować - były też myśli, że może z Leną - rodzina?
Nie to byłaby porażka. Moja życiowa porażka.

Dziś z Leną mamy dalej bardzo dobry kontakt, dużo rozmawiamy, "często" się spotykamy. Mimo tej przyjaźni i dobrych relacji, ona nie wie o mnie wszystkiego, bynajmniej nie to, że ja jestem gejem. Ostatnimi czasy rozmawialiśmy na wiele różnych tematów. No i takie mam wrażenie, że Lena może próbować mnie poderwać. Rozmawialiśmy o tym, że była z jakimś chłopakiem, ale się rozstali - ponoć ją skrzywdził. Wiem, że chciała się wygadać, ja nie umiałem rozmawiać i jej właściwie pomóc. Mimo to nie odwróciła się. Wydaje mi się, że może zastanawia się czemu jestem wolny, albo czy miała by u mnie szanse.

Wiem też, że jestem jej winien to wyjaśnienie - to dużo zmieniło by w naszej relacji. Tylko pytanie czy aby na dobre. Nie boję się jakoś specjalnie odrzucenia, ale też nie wiem jak to powiedzieć. Znowu przeżywam to jak za każdym wcześniejszym razem. Jest to takie wewnętrzne rozdarcie. Trochę ono mi dokucza.
Chcę to zmienić, aby nie doprowadzić do złych zdarzeń, w których ona zostanie skrzywdzona.

Chcę z nią o tym porozmawiać, ale nie umiem znaleźć dogodnej okazji. Coraz bliższy jestem ku temu rozwiązaniu, by to właśnie poprzez komunikację społecznościową o tym porozmawiać, byłoby dla mnie dużo łatwiej, bo nie musiałbym odczuwać tego wszystkiego face-to-face. Chociaż zastanawiam się, czy nie jest to nie fair oraz czy to nie jest ucieczka przed.... no właśnie czym - prawdą?

Mam już swój coming-out przez komunikator, pisałem z koleżanką, Atją, która była swego czasu daleko stąd - pytała o moje życie osobiste - czy mam już dziewczynę, no i zebrałem się na tą cholernie trudną rozmowę i powiedziałem prawdę w tym temacie. Przyjęła to normalnie, jakbym powiedział, tak mam dziewczynę. Bez zbędnych emocji. Potem rozmawialiśmy o tym już face-to-face, gdy wróciła do Polski.

Nasz kontakt choć nie jest taki jak w przypadku Leny, z którą częściej się kontaktuję, to jest bardzo dobry. Z Leną jest o tyle łatwiej, że pracujemy w jednej branży i mamy dużo wspólnego, z Atją już jest zupełnie inaczej - spotkanie raz na jakiś czas jest super - można powspominać i wymienić się wydarzeniami z naszego życia.

Nie wiem sam dlaczego z Atją poszło mi dużo łatwiej, niż z Leną - zbyt długo zwlekałem... a teraz jest tylko trudniej.

To trzymajcie kciuki, 
by ta rozmowa była

łatwiejsza, niż sam
ją komplikuje.


czwartek, 4 maja 2017

czy się stoi, czy się leży, wszystko się należy

Od pewnego czasu obserwuję na wyspie zachowanie, które jakoś nie mieści się w mojej głowie.

Na początku zawsze starałem się zapewnić wszystkie materiały potrzebne mi do zajęć. Jeśli chciałem zrobić jakąś grę, inscenizację, itp. przynosiłem wszystko z domu.
Zwykle to wyglądało to tak, że dużą część swoich pieniędzy przeznaczałem na szkołę. Podczas każdych zakupów nawet najmniejszych przemycałem coś co mi się może przydać.
Z czasem to się jednak zmieniło. Dlaczego to wszystko mam kupować ze swoich pieniędzy? Powróciłem do pytań, które niejednokrotnie słyszałem w mrowisku: a czy urzędnik/urzędniczka kupuje sobie do biura papier, długopisy, etc?
No NIE - ona to dostaje jako narzędzia do pracy.
A ja?!
Ja nic nie dostaję. OK. Trochę naciągam to NIC - na początku roku szkolnego dostałem ryzę papieru 500 kartek + 100 sztuk koszulek. To miało mi wystarczyć do końca roku.
UŚMIAŁEM się.
Szybko okazało się, że papieru już nie ma - drukowanie czy to planów, czy to sprawozdań, czy to samych sprawdzianów i innych papierzysk - wymaga nakładu.
Ale papier to nie takiego - bo przecież sam papier to nic.
Z czasem trzeba było zakupić papier kolorowy, bo to inaczej się je, jak się dostaje w kolorze - już nie wspominając o prywatnym drukowaniu w domu materiałów kolorowych.
Folie do laminowania, laminator i inne narzędzia oczywiście zakupiłem - bo na wyspie jest, ale nikt nie wie gdzie leży.
Kolorowy papier, kredki - tak, tak - to też jest potrzebne, mazaki, markery itp. Zwykle to rzeczy potrzebne.
O takich rzeczach jak pineski, szpilki, bibuła, itp. to trzeba kupić z własnej kieszeni.

Z czasem gdy chciałem wykonać coś rozluźniającego atmosferę w klasie poprosiłem by to moi wychowankowie przynosili materiały, chociażby część z nich.
Szybko się okazało, że 30% nie zamierza nic przynosić. Raz pracowaliśmy nad tym co w grupie było, kolejny raz, ale szybko inni zaczęli się stawiać, że nie będą przynosić nic dla innych. NO i mają racje. Gdy wywiązała się dyskusja na temat takiego postępowania - wyszło, że właściwie to oni nie chcą nic robić. Ale po chwili już chcą - moja reakcja była dość oczywista. Jeśli nie chcecie pracować w taki sposób, będziemy pracowali w sposób tradycyjny przy minimalnym wykorzystaniu dodatkowych materiałów.
Zakończyłem tą dysputę, bo nie miało to sensu. Gdy pewnego razu z rozpędu przygotowałem materiały z tego co zakupiłem - jedna uczennica zwróciła głośno uwagę, ale czemu - odpowiedziałem, że tak jakoś z rozpędu to uczyniłem. Zaproponowała, że przyniesie kolorowy papier, inna też chciała wspomóc. No i na tym stanęło. Szybko jednak okazało się, że to tylko puste słowa. Nic nie dotarło. Tak jak ustaliliśmy. Kilka dni temu, jedna z uczennic przyniosła część materiałów, które zgodnie z obietnicą wykorzystamy przy następnym razie.

Czasem czuję się jak żebrak.

Przy okazji dyskusji o losach materiałów niezbędnych do pracy, padły inne słowa: "To placówka powinna zapłacić za wycieczkę" Ona nam się przecież należy. Wycieczka powinna być za darmo.

Wywołało to burzę wśród nas opiekunów. Dostają 500+, zasiłki, etc. o wizytach w MOPS/GOPS itp. wiemy wszystko, co zrobić, jak napisać pismo itp. - a na wycieczkę za 85zł raz w roku - rodzicieli nie stać.
Normalnie zezłościłem się, ale ja to ja.
Inna koleżanka ma podsumowała to trafnie: Skoro dostajecie 500+ za darmo, to wystarczy te 85 zł przynieść do placówki i wpłacić na wycieczkę. Wówczas będzie ona zupełnie za darmo.

Im się wszystko należy. Nie można stawiać im warunków, nie można od nich wymagać, bo wszystko muszą dostać od tak, z marszu za free na "piękne" oczy.

Co za pokolenie? Co za brak wychowania? Co za bezczelność?
Pyskate, niekulturalne, bezczelne smarkacze.
Takie pokolenie rośnie, takie pokolenie potem idzie głosować - no i mamy rząd jaki mamy.

czwartek, 27 kwietnia 2017

zdemotywowany, a angielski czeka

Czasem dochodzimy do takich wniosków, że nic nie ma sensu. Czuję, że ja stoję właśnie nad przepaścią. I nie wiem czy skoczyć, czy iść brzegiem dalej. Póki co to idę - z jednej strony mam obrany cel, z drugiej zaś te cele są takie niewyraziste.

Zmęczony jestem wszystkim. Ostatnio miałem serię koszmarów, śniły mi się przeróżne rzeczy, zawsze krwawe i drastyczne. Gdy one ustały to jakoś nie mogę się wyspać, ciągle brakuje mi energii. Budzę się obolały - ból kręgosłupa bywa dokuczliwy. Inną sprawą jest, że ciągle chce mi się spać - wyglądam na zmęczonego. Ziewam co chwilę, oczy same mi się kleją, mój mózg przestaje pracować tak jak powinien.

Kiedyś lekarz mi powiedział, żeby zaczął ćwiczyć. Tylko ja nie mam siły się za to zabrać. Sztanga leży w pokoju i co z tego... pójdę podniosę pare razy i mi się odechciewa. Zaraz brakuje mi siły i odpuszczam.

Zmęczyć się ćwiczeniami w moim przypadku się nie da - bo ja nie ćwiczę tyle.

Opracowanie własne: Zakaz kopiowania.


Lubię biegać, ale jakoś do tego też nie mogę się zmusić.
Rower - mam i póki co to stoi sobie grzecznie i woła jedźmy gdzieś... Brakuje mi do tego ochoty, ale i czasu. By pojechać na wyspę, to muszę się przecież przygotować - a to pochłania sporo czasu.

Wróciłem dziś wcześniej bo o 14 i jedyne co zrobiłem, to położyłem się i leżę, oczy obolałe, trochę szczypią i tak jakby zasypiam, ale nie, piszę przecież ten wpis.

Zerknąłem na instagrama i widzę tylko te uśmiechnięte twarze, wysportowane ciała i piękny świat - to pokazujemy, a co z tą przygnębiającą aurą, co z nią zrobić? Jak walczyć?
P.S. Ostatnio dostaję różne wiadomości na IG, ludzie pytają o różne rzeczy, wychodzi tylko jedno. Jak jak mogę nie znać angielskiego? Wstyd i hańba. Trzeba byłoby to zmienić, teraz każdy potrafi napisać opis po angielsku, a ja wykorzystuję, tłumacz, bym złapał więcej niż tylko pojedyncze słówka i domysły co ktoś wystukał na klawiaturze.
Przecież dzisiaj znajomość języków to podstawa, bez której ani rusz...


środa, 26 kwietnia 2017

warunki na wyspach

Właściwie to do wszystkiego możemy się przyzwyczaić, do tych lepszych i tych gorszych wydarzeń. Lecz czasem nie warto.

Najgorsze jest to, że zrażam się już na samym starcie. Z jednej strony powtarzam sobie to chwilowe działanie, z drugiej zaś zastanawiam, czy aby nie jest tak, że dobrze to już nie będzie.

Dziś toczy się wielka burza deformować wyspy, czy ich nie deformować. Ci wyżej sytuowani chcą deformy, inni zaś są jej przeciwnikami, zresztą tak jak ja. Co to za pomysł skracać ogólny czas kształcenia - przecież to Ci młodzi tylko na tym stracą. A my jako naród stracimy ogromne pieniądze, które można byłoby lepiej wykorzystać: doposażyć, rozbudować, wzbogacić oferty, itp., itd. - można było przeprowadzić świetną reformę, ale ktoś woli wprowadzić chaos.

I jeszcze te puste obietnice, hasła rzucane jak z rękawa bez poparcia jakimikolwiek dowodami - to wszystko przeraża, a dorzucić jeszcze do tego inne aspekty - to się człowiek zastanawia, co on tutaj robi.

Po deformacji mam niby skorzystać na niej, ale co to za korzyść - przybędzie mi obowiązków, ale nikt nie zadbał o to by przybyło: miejsca - by rozbudować wyspę, by ją odpowiednio wyposażyć - niech nikt mi nie mówi o tych pustych słowach pani Z. - ta kobieta postradała rozum. Na mojej wyspie warunki są z jednej strony rewelacyjne, ale z drugiej już ekstremalne. Trzeba pracować na dwie zmiany, by teraz można było się zmieścić. A co dopiero gdy dojdzie jeszcze jeden rocznik, potem drugi???
HALO? - Pani Z. czy pani zgłupiała. ...
.... (cisza)
No dobra odpowiem za panią. Tak pani zgłupiała.

Jak mamy to uczynić? Jak mam efektywnie pracować? Jak mam rozwijać pasje? Jak mam motywować, kiedy warunki ku temu w ogóle nie sprzyjają??? Przecież to żadna przyjemność gnieździć się. Za tym pójdzie również niewystarczające wyposażenie - bo gdzie je zmieścić i jak stworzyć pracownie, skoro teraz jest ich za mało? Oczywiste jest, że wrzuci się wszystko do jednego worka. W efekcie będzie tak, że ja z całym tabołem będę dalej wędrował po pokojach na wyspie i udawał, że chociaż na chwilę tworzę atmosferę dla swojego fachu. Przecież to nie zda egzaminu.

Wystarczy poszperać w internecie i od razu można znaleźć pracownie, które sprzyjają nauce. Są przestrzenne, zachęcające do nauki i nie znajdziemy w nich 5 różnych fakultetów.
Ktoś może uznać to za błahostkę - jednakże uważam, że bez sprzyjających warunków w trudnym środowisku jest tylko trudniej.

... a może ja szybciej jeb***ę to wszystko w diabli i odejdę.

Spiszę swoje pomysły, swoje wizje i opublikuję blog, taki wierny pamiętnik mojej wymarzonej wyspy.
Wiem, że idealnych nie ma, ale jak nie będziemy starali się stworzyć super rzeczy, to nie stworzymy nic, co byłoby motywujące.

Na początku swojej działalności podjąłem działania na celu promocji mojego fachu. Później zarzucono mi, że za bardzo go promuję. Działania nie odpowiadały władzy. Za jakiś czas stwierdzono, że trzeba się wykazać i w sprawozdaniu wymagano ode mnie działań. Wówczas musiałem naciągać wszystko, kombinować i udawać, że coś zostało wykonane. Poinformowano mnie, że trzeba coś robić. Zrobiłem znowu jedno wydarzenie, coś jeszcze i po chwili znowu słyszę, że komuś coś nie pasuje.
Zaczynam mieć tego dość. Obawiam się, że długo nie wytrzymam w tym dość toksycznym środowisku.

I tak zastanawiam się jak się teleportować na inną wyspę w dobie "dobrej zmiany". Gdzie teraz trzeba szukać zatrudnienia przez zwierzchników...

A może zacisnąć zęby i dalej udawać, że jest fajnie?

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

na skraju

Ostatnimi czasy dojeżdżając do pracy samochodem przytrafia mi się coraz to więcej ryzykownych sytuacji, w których moje życie jest zagrożone.

Pierwszy raz wracałem z pracy po 16 - jadąc ok. 90 km drogą dwukierunkową nagle pojazd z pracownikami - bus zjechał na mój pas. Po obu stronach drogi były duże rowy. Zaskakujące jest to jak mój organizm na to zareagował. Pojazd ten jechał prosto na mnie. A ja nie uczyniłem nic by się ratować. Zamarłem. Jedyne co pamiętam, co przeszło mi przez myśl w ułamkach tych sekund to to, że jak zjadę z drogi to znajdę się w rowie na drzewie... Nie zjechałem. Jechałem dalej prosto - nawet nie trąbiłem - mam wrażenie, że nie miałem myśli - nie myślałem o niczym i nikim - no może o mamie - ona mi się przypomniała - ale najdziwniejsze było to uczucie, którego nie sposób opisać:
- zahipnotyzowany
- bez jakiejkolwiek reakcji obronnej
- wewnątrz miałem dziwne uczucie
- w buzi raptownie zrobiło mi się, ani słodko, ani gorzko, ani kwaśno - ten smak życia jaki miałem jest nie do opisania, bo nigdy wcześniej nie miałem takiego smaku - nic tak nie smakowało.

Gdy już w ostatniej chwili kierowca podniósł głowę i odbił kierownicą - wszystko jakby opadło, ale dalej byłem sparaliżowany - nie spojrzałem, kto to był - jaka rejestracja, nic. Zwolniłem do 50 i jechałem dalej jakby taka hipnoza.

Innym razem jechałem od rodziców swoich na zakręcie wyjechał młodzieniec i jak to się mówi nie zebrał zakrętu też jechał prosto na mnie, okiełznał auto i odbił - ponownie to dziwne uczucie - chociaż już nie tak silnie jak za pierwszym razem.
Znowu życie przeleciało mi przed oczyma, świat zawirował - posypały się kury i chuki. To jedyne co mogłem.

Innym razem to ja sam jakoś nie zauważyłem pojazdu, który jechał za mną usłyszałem tylko trąbienie. Zniknął mi w lusterkach. Tak czasem bywa i takich momentów właśnie się obawiam.

Codziennie pokonując duże odległości pomiędzy domem, a pracą mam ten dyskomfort, że nie wiem czy...

Po zimie zmieniłem koła na letnie. Zmieniłem je tak, że sam wsadziłem siebie na jeżdżącą bombę. Byłem happy, że udało mi się to uczynić, ale gdy wyruszyłem w drogę, po przejechaniu kilku kilometrów zaczęło mi coś przeszkadzać, głuchy dźwięk, ale głośny. Na początku nie wiedziałem skąd on dobiegał, czasem słabł, czasem się wzmagał. W końcu uświadomiłem sobie, że to z kół. Pierwsza myśl, czy abym dobrze dokręcił koła.

Gdzieś w drodze stanąłem na poboczu, poszedłem się upewnić i okazało się, że moje koła nie są dokręcone. Pytałem się: ale jak to możliwe, przecież sam je przykręcałem, jeszcze pamiętam... a mimo to, śruby były poluzowane. Dokręciłem je ponownie. Dojechałem do pracy, później do domu i musiałem jeszcze raz sprawdzić, czy aby na pewno są one fest? Były - ale po tej przygodzie jakoś straciłem wiarę w to czy, aby na pewno są fest. Żadnych stuków, puków i innych dźwięków nie ma, ale w głowie jest ta zagwostka.

Pomimo ostrożności, czasem my sami jesteśmy zagrożeniem dla siebie.

sobota, 22 kwietnia 2017

młodość, a dorosłość

Zawsze po szkoleniu wracam pełen wiary i zmotywowany do dalszej pracy. Lubię ten stan, kiedy mam możliwość porozmawiania z ludźmi po fachu, którym mogę podsunąć swoje pomysły i którzy dzielą się ze mną swoimi pomysłami.

Nie mam jakiegoś doświadczenia wielkiego - właściwie to raczkuję w swojej twierdzy. Lubię tą pracę, ale czasem wymiękam na nieprzychylność ludzi, bo już nawet nie system jest problemem, lecz chciwy, wredny i nieżyczliwy charakter "dobrych ludzi".

Zastanawiam się skąd Ci ludzie się biorą? Dlaczego ludzie są tacy bestialscy?

Wniosek mój taki nasuwający się po kontakcie z tym młodym światem i tym dorosłym jest taki, że im jesteśmy starsi to tym bardziej ograniczeni i zamknięci na innych. Niestety nie potrafimy podchodzić w swoich kontaktach szczerze i otwarcie mówić tego co nam leży na sercu, bądź też o tym o co chcielibyśmy się innych zapytać.
Jak to jest, że jako dziecko możemy szczerze wyrazić swoje zdanie/niezadowolenie, a gdy nastaje ten magiczny dorosły czas, to to wszystko diabli biorą?

Narzucając sobie kajdany wzorców społecznych zmuszamy się do tak ociężałego zachowania jak obchodzenie sedna sprawy, unikanie prostych, jasnych i klarownych odpowiedzi, czy tym bardziej pytań.

Życie dorosłe, 
to tak na prawdę zagadka.
Trudna do rozwikłania.

piątek, 14 kwietnia 2017

Wesołego jajka

Zdjęcie prywatne: można kopiować/powielać/edytować
www.gejpisze.blogspot.com

Huc, huc, to już święta!

Z okazji świąt życzę Wam:
dużo spokoju, dużo radości,
zdrówka, zdrówka i jeszcze więcej zdrówka,
szczerości i uśmiechu,
serdeczności oraz udanego wypoczynku,
niech ten czas będzie chwilą oddechu,
dla Was, waszych bliskich i najbliższych,
waszemu sercu!
Zdrowej miłości!

sobota, 11 marca 2017

pedał

To bardzo trudny post dla mnie. Bardzo trudno jest mi się pogodzić z tym wszystkim.

Jakiś czas temu zrobiłem Coming-Out przed rodziną (mamą, ojcem, wcześniej siostrami, bratem, babcią i kilkoma znajomymi). Wówczas byłem już z Miśkiem. Wszytko było pięknie do pewnego momentu.

Wiedziałem od początku, że dla moich rodzicieli to bardzo trudny etap.

Mama nie wiele mówi. Może źle, że nie pytam - NIE UMIEM zapytać co czuje, sądzi i myśli.

Ojciec niby się pogodził, ale walczy z tą wiadomością.

Siostry nie wtrącają się w moje życie.

Brat przełknął to. Nic nie mówi.

-----------------------------------------
Pomimo tego Coming-Outu wcale nie jest tak różowo. Nie umiem pytać ich o stosunek o to jak sobie radzą i co w tym wszystkim jest nie tak. Nie umiem zapytać, czy chcą porozmawiać, bo ja sam nie wiem jak mam się "uzasadnić". Od zawsze jestem tym samym człowiekiem. Jakim mnie znają. Co więcej powiedzieć? Skoro oni znają mnie najlepiej.
To trudne. Bardzo trudne.

Nie należę do grupy osób manifestujących swą seksualność. Nie należę od tych co obnoszą się ze swoją orientacją. Nie należę do tych zniewieściałych - chociaż to pojęcie względne.

Ojciec jaki jest taki jest - ja już na to wpływu nie mam i miał nie będę.
Odkąd zrobiłem Coming-Out przed rodziną zawsze jeżdżę z Miśkiem do nich. Ogólnie to dogadujemy się bardzo dobrze. Są jakieś tematy na które możemy porozmawiać. Misiek jest z rodzicami na Ty - może to dziwne, ale tak oni chcieli i tak jest.

Byliśmy znowu któregoś weekendu u rodziców ojciec pokłócił się z mamą. Będąc w drugim pokoju słyszeliśmy praktycznie wszystko, co mówili. Za dnia jeszcze trochę się posprzeczaliśmy o głupoty, padło wiele różnych słów. Sam powiedziałem sporo słów obraźliwych. W czasie tej kłótni padły słowa, które mnie zezłościły. Ojciec mnie wyzwał od pedałów i to mnie okropnie zezłościło. Uderzyłem go kilkukrotnie.
I źle się z tym czułem. Jakoś męczyłem się całą noc z tym wydarzeniem. Nie mogłem zasnąć i tego przełknąć.

Dopiero po kilku dniach jakoś mi troszeczkę przeszło, ale nie jest mi z tym dobrze. Tydzień później ojciec przyszedł mnie przeprosić. Nie przyjąłem tych przeprosin. Zdarzyło się to już drugi raz - o drugi raz za dużo.

Nie chcę już z nim mieć cokolwiek wspólnego. Brakuje mi szacunku do niego. Chociaż z drugiej strony gdy emocje opadną, to nie mogę powiedzieć, że nie mam żadnego szacunku do niego. Jakiś mam, no ale za bardzo mnie skrzywdził swym zachowaniem, bym go darzył jakimś uczuciem.


sobota, 4 marca 2017

zapętleni

Po co?
















Nie mam co przepraszać za moją nieobecność tutaj. Jest ona związana z moim wewnętrznym zagubieniem. Tak znalazłem się w jakimś takim miejscu, gdzie nic nie jest takie jak bym chciał. A może zbyt dużo od życia wymagam.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

dalsze losy

Jak to już się w komentarzach przewinęło. 

Tak, blog będzie tylko dla wybranych. Na dniach by móc dalej czytać potrzebny będzie dostęp. Jeśli kogoś nie dołączyłem to przepraszam, nie każdy adres mail posiadam, bym mógł wysłać informacje/zaproszenie. 

niedziela, 29 stycznia 2017

pieseł

Idę sobie centralnie na spacer z moim piesem. Od kilku dni jest u mnie. Przed domem mamy duże tereny zielone. Co krok to mina i tak się kurde zastanawiam - gdzie ja jestem, na prywatnej posesji jakiegoś właściciela stada czworonogów, czy w mieście?!

Nosz kuźwa, chcieli psa to niech teraz sprzątają po nim, a nie wszystko osrane. No sorry za wyrażenie, ale ciśnienie skoczyło.

Teraz leży jeszcze biały puch to wszystko widać nawet wieczorową porą, a co jak ten puch zniknie i będzie ciemno. Wdepnąłem na minę - KURWA. 

Idę sobie dalej, bo gdzieś z tym pieskiem trzeba pochodzić, a że lubi tereny zielone to łażę. No i tak zwiedzam okolicę. Gdzieś w oddali słychać inne psy, widać ich właścicieli. Niby nie wolno chodzić z psem luzem, a chodzą. Moja piesełowa jest taka, że do każdego psa i każdej suki się rwie. Razu pewnego była akcja, bo ta zaczęła szczekać a tu taka bestia się najeżyła i biegnie w naszą stronę, a jej pani tak koło 40 woła sobie wróć, nie wolno - psica miała to w nosie i leciała do nas. W końcu się wywąchały i nie przypadły sobie do gustu. Chyba dwie suki. No i się zaczęło. Jedna lepsza od drugiej. Już chciałem wziąć swego wielkoluda na ręce, ale tamta się sadziła. Jakimś cudem się rozeszło po kościach. Gdzie smycz i kaganiec - się pytam? 

Moja piesełowa chodziła na smyczy, kagańca nie miała bo byłem z nią. Więc na wieczorny spacer nie biorę. Widzę co się dzieje. Puścić jej nie puszczę bo i nie wróci od razu, nim się nie wyhasa. Chociaż dnia następnego za karę (taaa już na pewno wiedziała dlaczego) musiała nosić kaganiec na pysku. Było z tym zachodu, bo tylko miałem nogi poobijane. Nie lubi go i jak tylko mogła to uderzała ze złości nim w moje nogi... Tyle przyjemności i dobrego sobie było.

Spacerując dalej usłyszałem od przechodzącej grupki młodych gąsek - jak to mój kolega zwykł nazywać młodocianych - ciekawe czy posprząta po swoim psie? Bo teraz to nikt nie sprząta. 
Komentarza posprzątał już nie było. Ale wzrok w naszym kierunku był. 

Chodząc tak sobie nie spotkałem w tym miejscu nikogo kto by sprzątał, nie ujmując siebie :( 

Taka gówniana ta dzielnica, by nie powiedzieć czegoś więcej... ;-) 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Cyrk dobrej zmiany na wyspach

Dziś oficjalnie rozpoczęły się dla niektórych z nas ferie. A co za tym idzie "leniuchowanie". 

Dla jednych to przecież oczywiste, że w tym czasie sobie odpoczywam, leniuchuję i nic nie robię. Dla mnie sprawa ma się inaczej. Jak to mówią punkt widzenia, zależny jest od punktu siedzenia.

Cieszę się ogromnie z tej przerwy, gdyż jestem już cholernie zmęczony. Tydzień w tydzień zarwane noce, piętrzące się trudności. 

Odkąd zapowiedziano "dobrą zmianę" nic nie dzieje się dobrze, wszystko się tylko pieprzy - no sorry, ale taka jest prawda.

Jak to kolega "Aberfeldy" słusznie zauważył, w środowisku mówi się o zwolnieniach i o niechęci do tej pracy właśnie za sprawą "dobrej zmiany". Wielu chętnie podziękowałoby już pracodawcy za współpracę i odeszło, ale co dalej? Zęby w ścianę?

wyspa
Opracowanie własne. Kopiowanie dozwolone z podaniem źródła.

Oni jeszcze mają szansę, ja i tak jestem na straconej pozycji. Oni z doświadczeniem, często gęsto ludzie, którzy mają po kilka fakultetów, mogą prowadzić wiele fachów, a ja po jednym - z czym do ludu - w dodatku świeżak to co ja wiem o tej papirologi, co ja wiem o życiu i co ja wiem o szkolnictwie.

Odkąd tu pracuję co chwilę spotyka mnie coś nowego, zaskakująco kuriozalnego. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z takimi dyrdymałami jak tu. 


Lubię bardzo swoją wyspę. Wbrew temu, że leży na uboczu, to bardzo chętnie tam się wybieram. Poświęcam na to wiele czasu i energii - jestem zadowolony. Mam nawet porównanie z innymi, bo moi przyjaciele są na innych. Ta wśród tych innych jest szczególna - świetnie wyposażona i kameralna. Dzięki temu łatwiej mi poznać ludzi. Pracuje się w mniejszych grupach, a to nieziemski komfort. 
Inną stroną tego medalu jest fakt, że pracuje się tam z trudnymi wychowankami. Niejednokrotnie nie mam już pomysłu na nich. Swego rodzaju porażka. 


Od pewnego czasu cały komfort pracy został zaburzony. Nasyła się wizytatorów, szczuje gazetami i wręcz łże w oczy społeczeństwu. Taka jest dobra zmiana. 
Z jednej strony oczekuje się aktywności w tym fachu, tego, by wychowankowie byli zauważeni w świecie, a za chwilę mówi, że to i to zadanie jest niegodne, lepiej tego nie robić, nie ściągać na siebie niepotrzebnej uwagi. 

Dotarliśmy do momentu, gdzie próbuje się zamieść mój fach pod dywan, ukryć go w tłumie, tak by nikt nie dostrzegł tego, że on jest. 

Hieny i tak wywęszą i będą robiły antyreklamę. Hieny są na tyle bezuczuciowe, że idą po całości i tworzą własne historie, demonizują i tym samym tworzą zły obraz, który "dobra zmiana" naprawi. 

Gdy spytałem o zasadność twierdzenia wizytatorki usłyszałem, uważam tak... i tak. Na tym się zakończyła dyskusja. Zdanie pani miała swoje i tyle.

Sama pomysł reformowania wysp jest w pewnym stopniu słuszny, ale nie w taki sposób, nie w takich warunkach jak to się robi dzisiaj. Zmiana nazwy wyspy nic nie zmieni. Mimo iż wysiedlimy tych ludzi na inne wyspy, to przecież i tak będą te same wyspy. 
Jeszcze większym kuriozum i pstryczkiem w nos dla "reformatorów" jest to, iż chcieli skupić wszystkich na jednej wyspie, a okazuje się, że po pobycie 6 letnim na jednej wyspie, wychowankowie zostaną wysiedleni na inną wyspę - tak na 2 lata przed końcem - urządzić im zmianę. Nikt nie mówi, że wtedy zmienią się wszyscy. O ile całe grupy zostaną to, opiekunowie i cała kadra się zmieni - toć przecież to będzie to samo co jest dzisiaj, tylko pod innymi szyldami. 

Efekt całej deformy jest taki, że skróciło się pobyt na podstawowej wyspie o rok, a wydłużyło tylko tym, które wybiorą sobie dalszą ścieżkę rozwojową. NIC dobrego z tego nie wyniknie. Po podstawie młodzież szybciej pójdzie na rynek pracy. Przecież to tylko rok krócej będzie trwał ichni rozwój. Kogo to obchodzi.

Innymi ważnymi kwestiami są podstawy programowe - napisane na kolanie przez amatorów, pod dyktando jednego człowieka. Bo jak inaczej nazwać dzisiaj władzę tego jednego pępka. 

Wprowadzono wiele ograniczeń, wiele fachów straci swoje godziny - co za tym idzie stracą wychowankowie, ale i stracą wychowawcy. Wiele etatów zostało zagrożonych i tak też dzieje się z moim etatem. Czy będę tam dłużej, tego nikt nie wie. O ile wyspa przetrwa, może zadziać się tak, że liczba godzin ulegnie degradacji, a tym samym opłacalność będzie zerowa. W obecnej chwili jest ona bliska zeru, a co powiedzieć jakby tylko mi odjęli jeszcze godziny. 

Deską ratunkową dla takich jak ja jest posiadanie dodatkowych umiejętności. Ale każdy fach kosztuje, no i nie w każdym ja się potrafię odnaleźć, więc nie zamierzam robić tzw. "siepy". Bo po co męczyć wychowanków i siebie.

Zastanawiam się ile ten cyrk jeszcze będzie trwał?