poniedziałek, 1 stycznia 2018

W Nowym Roku

Z okazji pierwszego wpisu w Nowym Roku przesyłam najserdeczniejsze życzenia:

Zdrowia, zdrowia, szczęścia,
pomyślności, niech uśmiech,
na Waszych twarzach zagości :-)
Płomiennej miłości,
dużo radości,
chwil spędzonych z bliskimi
i spełnienia pod każdym względem :-)

Wypijmy do dna za tem 2018 rok ^^ 

Domóweczka moja się udała, goście zaproszeni Art i jego nowy chłopak wyszli zadowoleni, krótko po 5, także narzekać nie ma co. No może tylko na to, że jakoś mało jedli, bo bardzo dużo zostało tej szamy :D Kaca nie było, aż dziwne :D Głowa nie bolała, to dobrze :-) Wyspać się wyspałem! Totalne lenistwo dzisiaj mam :D :D :D 
Na poczcie widzę już zadania od pracoholików z wyspy dostałem, ale dziś mam na nie delikatnie mówiąc wywalone :-) 
Święto jest, a ja w święto nie pracuję - haha postanowienie noworoczne, a tych trzeba się trzymać, przynajmniej na początku, stwarzać takie pozory ;-) ^^ 

Dobrze by było przeczytać jakąś książkę - także zmykam do łóżeczka pod kołderkę z książeczką ^^ może nie zasnę, hihi 


Wiem, że teraz uroczy Alvaro Soler jest na topie. 
Niektórzy mają już go pewnie dość, ale jest Nowy Rok - tabula rasa - można posłuchać ;-) 




sobota, 30 grudnia 2017

Stary rok ku końcowi sie zbliża...

Jak na bloggera przystało, należy podsumować miniony rok. Strasznie tego nie lubię, bo wydaje mi się, że niczym specjalnym się nie zasłużył...

Jakoś nie umiem cieszyć się z małych rzeczy, a tym samym z tego co się w minionym roku dokonało.

* pracuję na wyspie i to się nie zmieniło;
* w wyniku pewnych zawirowań spełniło się moje marzeni, jakim było posiadanie MacBook Air - jestem szczęśliwy z tego powodu - no dobra szczęśliwy to za dużo powiedziane, ale cieszę się bardzo;
* pierwszy raz od niepamiętnych czasów odpoczywałem w wakacje!
* byłem w moim ukochanym mieście Berlinie, aż blisko 2 tygodnie;
* odnowiłem kontakty z kolegą tu jako Art, od czasu do czasu wpada do mnie i do Miśka - pogadać, wypić lampkę wina, czy jakieś piwo;
* powróciłem na osiedle na którym chciałem mieszkać, ba nawet ten sam blok, tylko klatka inna :d;
* prowadziłem kurs dla dzieci i dla starszych - fajna przygoda;
* zaangażowałem się w kilka projektów, krajowych i międzynarodowych;
* związek rozkwita;
* udało mi się pozbyć kilku zobowiązań finansowych - w zamian przybyły inne, naturalna kolej rzeczy <chyba>;
* kontakty z rodziną mam dość dobre;
* z bratem jakoś częściej rozmawiam(y);
* zdrowie też nie najgorzej;
* w pracy się pogorszyło, za sprawą nowego roku zmian zaszło sporo, a tym samym spadło na mnie sporo obowiązków, dodatkowo taka niemiła i niewdzięczna atmosfera się wytworzyła;
* duszę się w pracy, gdy moje działania są umniejszane i zarzuty o nieróbstwie stawiane;
* spotkałem się kilka razy z koleżankami ze studiów <3;
* UP mam jedną przyjaciółkę (tak Ciebie i przepraszam, że wpisuję Cię po edycji tutaj - patrz mail ;-)).

Nowy rok, czyli czas postanowień, a u mnie hm... kiepsko z nimi.

* zmiana miejsca pracy - na inną wyspę, albo ??? może zupełnie inny ląd?
* poprawa stosunków ze znajomymi i przyjaciółmi!!!!;
* więcej optymizmu;
* mój pracoholizm zamienić w lenistwo - tak, tak... za dużo czasu poświęcam wyspie, a nic z tego poza pretensjami nie mam;
* więcej odpoczywać;
* weekendy mieć wolne;
* przeczytać więcej książek niż w tym roku;
* częściej pisać na blogu;
* zacząć jakiś sport - bieganie regularnie, albo rower;
* zostać posiadaczem iPhona :) <3;
* mieć postanowienia;
* mieć swoje zdanie;
* nie ulegać innym;
* rozluźnić się;
* zrobić coś szalonego - tylko w pozytywnym znaczeniu tego słowa;
* spędzić trochę czasu w moim ukochanym mieście Berlinie;
* częściej pisać tradycyjne listy, kartki świąteczne;
* spędzać czas na łonie natury;
* ograniczyć słodycze - nie wiem jak to zrobię;
* nie robić zakupów w niedziele - to już 2 raz jest moim postanowieniem - w zeszłym roku nie dałem rady wytrzymać;
* na zakupy chodzić z listą zakupów;
* zwiedzić Warszawę;
* zwiedzić Poznań/Wrocław/Kraków;
* przeprowadzić się do jednego z ww miast, ew. Gdańsk ;-);
* Coming Out przed Leną - zbieram się do tego od dłuższego czasu...;

No to tak na tę chwilę moje postanowienia, ile z nich się spełni okaże się za rok ;-) Fajnie będzie spojrzeć na tę listę po roku czasu i podsumować to co się udało, a co niestety nie...

Tym samym życzenia:

Zdrowego, szczęśliwego Nowego Roku

By był dla każdego z Was,
z osobna i dla wszystkich razem, 


rokiem nie gorszym niż miniony, 
a owocniejszym w uczucia!
Udanego skoku do 2018 roku!!!


P.S. Ja w tym roku Sylwestra spędzę w obecności Art'ka i jego nowego chłopaka - no dobra póki co kolegi - a czy zaowocuje ta znajomość w coś więcej czas pokaże... Wpadają do mnie na małą domówkę. Misiek niestety nadal daleko w świecie. Ale już nie długo wraca i to najważniejsze :)

wtorek, 26 grudnia 2017

Zmęczenie materiału

Pomijając życzenia świąteczne, to bardzo damo nie pisałem co u mnie.

To zaniedbanie to wynik mojego pracoholizmu. Jak inaczej nazwać ten stan kiedy idziesz rano do pracy, niby ją kończysz ok. 16 i wracasz do domu, ale dalej pracujesz, bo jak nie sprawdziany, testy i inne prace, to sprawy dokumentacji, materiałów, sprawozdania, raporty, notatki prasowe i inne pierdu pierdu. Jak się potem okazuje mijają niespełna 3 miesiące a ja nie miałem chwili by napisać prosty post, co u mnie.

W podziękowanie dostaję słowa "docenić młodych to spoczną na laurach"  - czyt. pochwaliłem i teraz nic nie robisz.
Po tych słowach krew zawrzała za zamkniętymi drzwiami gabinetu pana Sz. Dość wybuchowo zareagowałem i spytałem czego nie robię, tylko konkretnie proszę, bo nie mam sobie nic do zarzucenia, no i miałem rację, to były tylko puste słowa, bo nie miał nic mi do zarzucenia, owszem jakby chciał to mógłby się przyczepić do nie policzonych godzin na koniec miesiąca, czy nie wpisanego tematu, ale poza tym?
Szybko opuściłem gabinet i przez długi czas nie zaglądałem tam, jak już to tylko służbowo. Od tamtych słów moje nastawienie i podejście do tego człowieka uległo zmianie. Dziś o ile może nie stoję w opozycji, to jednak nie jestem traktowany zupełnie jako członek własnego obozu. Odczuwam takie rzeczy. Tak na prawdę to mi nie przeszkadza, ale uszczypliwości daje się odczuć. Ostatnio zgrzyt miał miejsce na korytarzu gdy zarzucono mi, że nie aktualizuję wiadomości z życia wyspy. Wtedy powiedziałem co myślę, że to nie moja wina, że inni nie przesłali materiału do publikacji, a ja za nich tego robił nie będę, co więcej był weekend i ja w weekend nie pracuję, to jest mój wolny, prywatny czas. A o weekend poszło, bo zarzut był, że ja nie mam czasu bo pracuję jeszcze gdzieś poza wyspą. Guzik komu co do tego. To mój czas wolny i jak go spędzam to moja sprawa, mogę pracować i panu Sz nic do tego.

Oj chyba z 2 tygodnie był gniew. I nie ważne już było, że organizuję to i tamto wydarzenie, że tu wycieczka, tu jakaś akcja, tu coś jeszcze i tam jakiś projekt, jeden i drugi i i i... To się nie liczy, bo w tamten weekend powinienem zrobić aktualizację, na życzenie.

Takie podejście jest nie do zaakceptowania. Dlatego zacząłem myśleć poważnie nad zmianą. Nawet zastanawiam się nad zmianą profesji. Bardzo by mi brakowało tego co teraz robię, nie chciałbym chyba robić czegoś innego, ale jestem na skraju wyczerpania nerwowego i co raz częściej myślę o zmianie, tym bardziej, że Kasia O., proponuje mi wyjazd do pracy za granicę.

Wiem, że wszędzie jest coś, co mierzwi, coś co gryzie, ale tutaj grono stało się rojem, które kąsa non stop.
W dodatku podopieczni mają za dużo pozwolone i rozwalają wszystko to co chce się z nimi zrobić. Nie pomagają rozmowy, uwagi, wezwania opiekunów, rozmowy z wychowawcą, pedagogiem czy samym Panem Sz. To wszystko jest dla nich śmieszne, w oczy się śmieją i mówią Ci, że i tak pójdą dalej. A ja głupi muszę robić piękne oczy do złej gry.
Są tacy agenci jak Agent 001, który szczeka, śpiewa psalmy, kwiczy, puszcza bąki, beka, pluje papierami, nie wspominając, że zaczepia innych i jest tak głośny, że nie da się normalnie funkcjonować. Potrafi położyć się plackiem i udawać trupa, po czym wstaje i się z tego śmieje.

Ma kilku naśladowców Agent 002 w zeszłym roku był jeszcze normalnym wychowankiem, w tym roku odbiło mu i naśladuje 001, ciągle się śmieje z tych głupot tamtego, robi to zawsze głośno tak by zwrócić na siebie uwagę. Zwracanie mu uwagi nie przynosi efektów.

Obok 001 i 002 jest 003, który nie robi totalnie nic. Ciągle przychodzi i zagaduje, ogólnie jest do ukształtowania, ale w czasie kiedy powinien się skupić i pracować wszystko go rozprasza. Non stop rozmawia.

Najlepszy jest 004, który ciągle się dąsa, jest wiecznie obrażony. Nie robi nic. Wystarczy, że go wywoła się do odpowiedzi, czy nawet rozmowy, to już jest nadąsany. Nigdy nie wie gdzie jesteśmy, zawsze ma odlot. Taki ufoludek z kosmosu, co to na ziemi musi za karę siedzieć.

Konkurent 004 to Agent 005 - łapie muchy i rozmawia z nim, śpiewa sobie, jęczy, stęka, nic mu nie pasuje tak jak 004. Ciągle rechocze jak żaba, ma wywalone na wszystko i wszystkich, ale mamusia jak oparzona lata i broni go. Ostatnio wpadła na mnie i zaczęła krzykiem rozmowę, więc ją sprowadziłem do pionu. Reakcja na mój tekst: "Jeśli Pani chce ze mną porozmawiać na temat Agenta 005, to zapraszam." była taka: a, nie, nie, nie, ja teraz to jadę do ... - No i na tym skończyliśmy owocną dyskusję.
Następnym razem sam ją zaczepiłem jak przyszła na wyspę, przedstawiłem zachowanie sprzed chwili i reakcja była taka: "Ja już nie wiem co mam robić. Pokazałam mu jakieś pismo i powiedziałam, że to skierowanie do ośrodka zamkniętego, ale on sobie nic z tego nie zdaje. (...) no wiem, że on to... tamto..." Po chwili rozlega się głos kolegi po fachu ooooo pani Xxx005, jak dobrze, że Panią widzę (...) dołączył kolega do rozmowy, a ja się pożegnałem. Efekt ŻADEN.

Agent 006 to mój wychowanek - od chmur nawracania... nie ma dnia by kogoś nie pobił, nie ma zajęć by czegoś nie zbroił, no chyba, że są to godziny ze mną, bądź też inną koleżanką - a na pozostałych godzinach jest zakałą grupy. Nie było chyba dnia bym nie usłyszał o nim czegoś negatywnego.
Wezwania rodzicieli nie pomagają, oni sobie z nim nie radzą. Ostatnio pobił rówieśniczkę z grupy. Nim dobiegłem do niego to jeszcze kilka razy ją kopnął. Wezwanie rodzicielki nie wiele pomogło. Poza płaczem jej i jego, poza rozmową - efektów nie widać. Jest na celowniku do odstrzału, ale co to da, że spadnie i dołączy do innej grupy... Nie wiem już jak tu postępować, rozmowy z pedagogiem, panem Sz. i mną nie pomagają. Inni rodziciele powiedzieli już konkretnie to był taki ostatni wybryk, następny skończy się włączeniem w to służb porządkowych - czy to coś zmieni, że przyjedzie policjant? Czy coś zmieni jeśli znowu pojawi się KO, albo ktoś z nadzoru? Nie wiele bo w przypadku zarówno 006, 005 i 001 należałoby skierować sprawy do sądu o umieszczenie ich w ośrodkach zamkniętych, gdzie będzie rygor, jasne reguły i granicę. Tu nie można nic, poza zwróceniem uwagi i to jeszcze tak by nie urazić takiego delikwenta, bo on przecież ma prawa, a ja obowiązek...

To tylko kilka przykładów agentów z którymi przyszło się mierzyć. Nie napisałem wszystkiego, ale tu większość to jedna z grup która stała się koszmarem, bo praca w niej jest niemalże niemożliwa. Co z tego, że się staram, przykładam i przygotowuje coś, jak koniec końców nie jestem w stanie zrobić nawet 1/4 całości... A na prawdę mało planuję. Zrobienie 5 przykładów z jednego zadania to jest cholernie mało...

A potem spotykam się z rozliczaniem za sukcesy i porażki, oczywiście tu porażka, bo jak można kiedy grupa oporna na wiedzę i nie robi nic, poza przeszkadzaniem. Rodzice zarówno 001 jak i pozostałych nie radzą sobie z nimi. Wielokrotnie prosili o pomoc, tylko jaką?

Brakuje mi już pomysłów na usprawnienie funkcjonowania tej wyspy, tracę chęci i jakiekolwiek nadzieje na to, że może tam być jeszcze normalnie, tak by się chciało chcieć.

Nie wiem czy na pozostałych jest tak samo. Znajomi z którymi rozmawiam, twierdzą, że to jakiś ewenement. Nie spotykają się z tyloma absurdami, choć i u nich nie brakuje agentów pokroju 001.

Czy to jest to bezstresowe wychowanie wyniesione z domu? Czy to jest nazywając rzeczy po imieniu brak opieki rodzicielskiej, brak miłości, uwagi i czasu okazanego dziecku?

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Wesołych Świąt

Kochani!
Życzę Wam wszystkim i każdemu z osobna, 
Wesołych, spokojnych, otwartych i zdrowych
Świąt Bożego Narodzenia!
Niech ten świąteczny czas będzie chwilą odpoczynku
radości i uśmiechu
Dużo dużo zdrówka i miłości!!!
Buziaczki :* :* :* !!!



środa, 20 września 2017

Warsz-tat



Właśnie dobiega końca pewien etap projektu, w którym biorę udział. Z tej okazji udam się już po raz kolejny w tym miesiącu na spotkanie z innymi uczestnikami/szkoleniowcami, które potrwa do niedzieli.

Workshop zaplanowany został na 5 dni - uf z jednej strony to ratunek, bo uciekam z wyspy i jadę do stolicy. Przez ten czas nie interesuje mnie nic - taki żarcik.

Niech radzą sobie sami, niech robią co chcą, niech dadzą mi święty spokój. Sic! Komórka, chyba muszę zmienić numer, na prywatny bo ten jakby stał się już służbowym-prywatnym. Dzwonią i piszą i i i ... non stop coś, non stop ktoś.

Brak mi kartki w kalendarzu do tego wszystkiego :D

Czy to tylko u mnie takie zawirowanie po deformie!?

W zeszłym roku jakoś było spokojniej, tak prościej pod pewnymi względami, teraz ta nagonka z góry, te kontrole, te zmiany zmuszają do pracy od rana do nocy.

STOP!

Co ja za głupoty gadam! N-ele pracują tylko 18 godzin w tygodniu, a i to nie zupełnie, bo 45 minutowych, więc wychodzi, że 13,5 godziny zegarowej - RAJ

Obyś cudze dzieci uczył - powtarzali, teraz wiem co to znaczy.


niedziela, 27 sierpnia 2017

koniec, bye bye wakacje

To już ostatnia chwila by rozstać się na dobre...

... na dobre by zakończyć ten piękny urlopowy czas.

Bardzo cieszę się z tego wolnego, które dało mi czas na odpoczynek. Dało mi czas bym zajął się nie pracą, lecz sprawami rodzinnymi, bo te naglą.

Jak już to wcześniej pisałem swój Coming Out mam już w dużej mierze za sobą. Pierwszy był mój przyjaciel Szymek, potem moje siostry, później rodzice no i cała reszta tych, którzy dziś wiedzą. Żaden z tych Coming Outów nie był łatwy i nikomu nie powiem, że jest to łatwy moment.
Większość pewnie pomyśli dlaczego nie?
Dlatego, że ja z natury jestem człowiekiem powściągliwym, nie lubię rozmawiać z ludźmi w cztery oczy o moich uczuciach. A za sprawą Coming Outów trzeba o tym mówić. Gorzej się czuję, gdy musze o tym mówić, ponieważ czuję się obdzierany z mojej natury, z ubrań, z mojego życia prywatnego. Za każdym razem miałem wrażenie, że opowiadam o moim łóżku, a nie o sobie, bo mnie przecież wszyscy Ci ludzie znali i znają.
Ten fakt tak naprawdę nie zmienia nic - a jednak dużo.

Moja przyjaźń skończyła się jakoś tuż po moim Coming Outcie - może ja to źle odbieram, bo nasze drogi się bardzo rozeszły tuż po tej rozmowie, za sprawą różnych wypadkowych, studia w innych miastach, obowiązki praca, etc. Jednak napisać od czasu do czasu to, żaden problem i odległość nie odgrywa tutaj większej roli, jednak...

Coming Out wśród sióstr to raczej była dość prosta rozmowa "to Twoje życie" - żadnych komentarzy i innych temu podobnych stwierdzeń.

Wśród rodziców - niby nie tak źle. Właściwie to, to było dla nich tylko potwierdzeniem tego co przypuszczali. Mój Coming Out przed nimi nastąpił 1.1.2016 roku. Byliśmy z Miśkiem na Sylwestra u nich.
Wiem, że nie było im łatwo. I wiem też, że dalej nie jest.

Moja Mama świetnie rozumie się z Miśkiem, aż czasem jestem zazdrosny o to, że ktoś kogoś lepiej rozumie w niektórych kwestiach.
Niemniej jednak cieszę się, że tak jest, bo przecież mogło być zupełnie inaczej. Moja Mamusia to typowa teściowa więc łatwa w obejściu nie jest. Jeśli ktoś jej nie będzie odpowiadał to będzie taką nielubianą teściową.

Z ojcem niby nie było źle. Misiek ma z nim znowu lepszy kontakt niż ja. Ja go nie mam. Straciłem szacunek i dobre słowo. Wręcz stałem się wyrodnym dzieckiem. Nie przeszkadza mi to, chociaż boli. Każda rozmowa kończy się kłótnią i ostrą wymianą zdań. Czasem pada zbyt dużo słów, które można było sobie darować, lecz nie umiem inaczej. Niekiedy jest gorzej. Tak, czasem nie umiem utrzymać ręki przy sobie. Zdarzyło się to parę razy. Wytrzymywałem 19 lat to wszystko, dziś już nie. Wiem, że nikt nie może pomóc i nikt nie pomoże. Ta bezsilność jest cholernie zdradliwa.

Jako, że rodzice mieszkają na wsi, ja również pochodzę ze wsi to znam tu wszystkich. Może lepiej powiedzieć znałem. Okazuje się, że ludzie więcej wiedzą niż by się tego chciało. Czasem są uszczypliwe komentarze - ja jeden taki usłyszałem - ale o czym rozmawiać z człowiekiem niewykształconym, bez pojęcia o świecie. Skomentowałem przycinkę, ale rozsądkiem. Wydaje mi się, że nie zrozumiał.
Przy okazji: człowiek niewykształcony to taki bez ukończonej szkoły. Nie bym obrażał kogoś kto skończył zawód i ma pojęcie w swoim fachu.

Od rodziców i mojej przyszywanej babci wiem, że komentarzy było i jest więcej. Może nie są one tak silne, ale od czasu do czasu są.

Przez ten mój długi wakacyjny czas wolny ludzie chcąc nie chcąc widzieli nas częściej, również częściej byliśmy tam pomóc mojej mamie. Czy to cięliśmy, czy też rąbaliśmy drzewo, zawsze razem. Spacery po wsi stały się normalnością u co po niektórych. Trzeba było coś naprawić to robiliśmy to razem. Pokryć dach, też robiliśmy, kosić trawę też kosiliśmy itd. tych czynności było wiele. Także niektóre spojrzenia były raczej ciekawością, no bo przecież pierwszy raz w życiu co niektórzy widzieli gejów.

Wiem, że są tacy co mówią coś do ojca, ale to już jego problem. Mógł mnie słuchać. Nie posłuchał. Dziś ma pretensje, mieć może ją do siebie samego. Zniszczył swoje i mamy życie. Mojego mu się nie uda.

Są też tacy którym mówić nie musiałem, a chyba oczywistem jest to, że przyjeżdżamy razem i jesteśmy u moich rodziców. Także wnioski wyciągają sami. Nie mówiłem nic, a jednak ich wnioski są słuszne.
W tym wszystkim jest tylko jedna niewiadoma jak mam mówić do dzieci o swoim Miśku. Franek zostawia swojego synka u babci, ja go traktuję jak mojego znajomego, znam go od dziecka, wielokrotnie uczestniczyłem w wielu wydarzeniach, często on jest u babci a ja u rodziców to mamy dobry kontakt. On ma zaledwie 10 lat, ja ponad 25. Lubi przyjść porozmawiać, jak coś robię to pomóc, albo porobić ze mną. Czy to grzebać przy samochodzie, czy układać drzewo, czy coś innego. On nie spytał się nigdy kim jest Misiek, ale czasem mam wrażenie, że to pytanie się zbliża, nie wiem co Franek z żoną mu powiedzieli, albo jego babcia. Nie wiem co ja sam miałbym mu powiedzieć. Oj na prawdę nie wiem. Z jednej strony prawdę, tylko najtrudniejsze jest to, że chciałbym by on zatrzymał to dla siebie, ale młody Franek to taka papla, wszystko sprzeda. Stąd czuję się tutaj dość ubogi w wiedzę i narzędzia jak rozmawiać z dziećmi o orientacji. Traktuję go tak trochę jak młodszego brata, ale jest to trudne.
Zresztą młody bardzo lubi Miśka, ciągle za nim lata i zagaduje, czy potrafi to, czy tamto, czy mu pomoże, czy coś z nim porobi. Mimo iż, czasem jest nieznośny to da się lubić.

Nie ma co ukrywać, że ten post jest też efektem tego, że jest mi ciężko na sercu. Potrzebowałem przelać te myśli na blog, może jakoś się to wszystko poukłada.

Oprócz tego całego kramu zawirowań w domu rodzinnym jeszcze targają mną myśli o mojej pracy i o mnie. Co jeśli...?
Dziś już sobie tłumaczę, że jeśli nawet, to przecież będzie okazja do kolejnej zmiany. Mam nadzieję, że tym razem lepszej i oddalonej w kilometrach od rodzinnego domu. Jeśli zmieniać pracę, to tylko na taką gdzie odetnę się od mojej rodziny. Tylko ja i Misiek - my dwaj zaczniemy od nowa. A inni niech sobie radzą.

Nie wiem skąd to się bierze, ale ostatnio miewam sny o duchach. Pierwszy z nich to sen, który miał miejsce niedaleko po tym jak wróciłem z wakacji z Niemiec. Śniło mi się, że opuszczałem toaletę i szedłem do salonu, taki miałem zamiar, a tuż po tym jak otworzyły się drzwi i wyszedłem z niej zobaczyłem moją duszę, która uciekała przede mną, a ja biegłem za nią, by ją złapać i zatrzymać. Nie złapałem ona była w pokoju już, a ja dobiegałem do niego, gdy się obudziłem. I tak sobie myślę, że faktycznie ja zostałem tam, a moje ciało przyjechało tutaj...

Kolejny raz też mi się śnił duch, ale nie mój. Tak jak dziś pokłóciłem się ostro z ojcem. Później jeszcze go strzeliłem, bo zasłużył sobie. Wyzwał mnie. To był tylko pretekst z mojej strony. Obraził wielokrotnie mamę, a że słyszałem to tylko z daleka, z innego pokoju, to poszedłem i mówiąc kolokwialnie sprzedałem mu gonga. Źle nie było, nie tym razem.
Tej samej nocy miałem sen. Byłem obserwatorem całego zajścia. Widziałem siebie jak śpię, a do pokoju wszedł duch mojego ojca i zbliżał się do łóżka, dalej czekałem patrząc co zrobi, zbliżył się i delikatnie mnie próbował dotknąć, gdy wreszcie to zrobił, to udało mu się mnie obudzić, takie miałem też przeczucie, że przyszedł mnie obudzić, zerwałem się i patrzę nikogo nie ma.
Nie wiem jak mam to rozumieć. Czuję się z tym dziwnie.
Ileż razy dawać komuś szansę? Ileż razy wybaczać? Ileż razy...???
Brak mi sił... jego oprawcze rozumowanie świata, brutalność, chamstwo i poczucie wyższości nie pozwala mi traktować tego jako próba zmian.

--------------
Dzięki temu blogowi poznałem tak dużo wartościowych ludzi. Jestem bardzo zadowolony z tego powodu. Cieszę się, że są ludzie którzy czytają moje myśli przelane na e-papier.

Bardzo mnie zdziwił ostatnio pewien SMS:

"Siemanko. Co tam slychac u Ciebie? Jak zyjesz? Jak praca? Pracujesz dalej w tej .... o ktorej mowiles? Pozdrowienia"

Nadawcą tej wiadomości był nie kto inny jak Szymek. Byłem zszokowany. Tym bardziej, że wymienił kilka wiadomości, nie tylko jedną. Co więcej zaprosił nawet do siebie, tam gdzie teraz mieszka.

---------------
I tym akcentem mogę powiedzieć bye, bye wakacje...



poniedziałek, 31 lipca 2017

Urlop

Choć mój urlop czy też wakacje rozpoczęły się wcześniej, to prawda jest taka, że dopiero od niedawna czuję, że odpoczywam.

Odpoczywam od trosk związanych z codzienną pracą - i to jest piękne uczucie.

Niestety zwykle już jest tak, że jak jedna strona się polepszy to inna się popieprzy i tak w koło Macieju.

Zdaję sobie sprawę z mojego przywiązania do mojej Familii, która mimo tego, że czasem doprowadza mnie do szewskiej pasji, to jednak jest takim elementem, którego nie umiem pozostawić w tyle.

Zdaję sobie sprawę, doskonale z mojego położenia, życie w mieście praca daleko poza nim. To taka próba ucieczki od prawdy, swego rodzaju parawan - wydaje mi się, że większa anonimowość :) Może to tylko pozory.

Zdaję sobie sprawę, że muszę coś zmienić w moim życiu, jednak trudno mi postawić ten krok naprzód, ku zmianom.
Jakoś boję się tego pierwszego momentu zmiany. Stresu związanego z poszukiwaniem pracy, mieszkania. Dalsza próba zaklimatyzowania się w nowym miejscu, myślę, że byłaby już przyjemnością, ale dalej hamulec naciskany jest w wyniku obaw - niewątpliwie strachu przed nowym (trochę niepewnym).

Eh okropny jestem ;/ xD